• Wpisów:63
  • Średnio co: 28 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 16:47
  • Licznik odwiedzin:6 810 / 1848 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Hejka. Ten wpis będzie bardzo krótki ponieważ siedzę na telefonie. Jak już mówiłam jestem na morzem. Ale szału pogodowego nie ma. Dzisiaj rano była burza a przed chwil padał deszcz. Ale co jakiś czas słońce jednak widać A Wy już gdzieś pojechaliscie? Jaka u Was pogoda? Słońce jest??

P.S poszlabym na plażę się poopalac <3
~ Gutta-Bad
  • awatar Bad- Оροωιαdαnια <3: Jak już kiedyś mówiłam pomyślę nad kontynuowaniem opowiadania o Em i Willu. Ale teraz się strasznie rozleniwiłam a wena odeszła gdzieś daleko... :C A poza tym piszę teraz jedno opowiadanko na zamówienie, więc też nie mam wiele wolnego czasu. :< Ale postaram się, żeby wena przyszłą szybko z powrotem :D Dziękuję Ci za miłe słowa i także życzę udanych wakacji! :))
  • awatar Gość: No to tak u mnie jest straszniedduszno słoneczko świeci, jade jutro w góry na wycieczkę i mam nadzieję że będzie świetnie;p a opowiadanie jest genialne :* i czytam twoje kazde oprocz tego na fb bo nie miałam ostatnio czasu ale proszę cię nie przestawaj pisac . Nie mofe sie doczekać jak sie potoczą losu daiva ;) generalnie to mam nadzieje ze jeszcze będziesz kontynuowała yo wcześniejsze opowiadanie na tym blogu o rmily i willu Pozdrawiam i życzę udanych wakacji i świetnej pogodny:*
  • awatar Bad- Оροωιαdαnια <3: : ))
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Witam Wszystkich Bardzo Serdecznie!
Ten wpis jest poświęcony kilku informacjom
1. W niedzielę po południu wyjeżdżam nad morze do Władysławowa na tydzień, więc chyba już nie wejdę do czasu jak nie wrócę :C
2. Obecnie piszę opowiadanie na zamówienie. Dlatego też nie wiem kiedy będzie następny rozdział o Davie ;D
3. Punkt trzeci i najważniejszy ŻYCZĘ WAM WSZYSTKICH WSPANIAŁYCH WAKACJI!!!

Gdzie wyjeżdżacie? Z kim? Macie jakieś plany, czy wolicie siedzieć w domu i spotykać się ze znajomymi?

P.S Sama nie wiem czemu piszę tą notkę... :C I tak nikt nie czyta moich opowiadań... Wiem, że są beznadziejne. Staram się jak mogę, ale chyba jednak pisanie opowiadań nie należy do moich talentów czy uzdolnień... Zero komentarzy, mało odwiedzin... No nic. Trudno. Poddawać się nie będę C:
Jednak proszę Was, żebyście pisali komentarze jeśli czytacie moje notki. Nie dość, że mnie to uszczęśliwi to jeszcze będę wiedziała co myślicie o opowiadaniu i jakie błędy popełniam

A na koniec zapraszam wszystkich Fanów Harry'ego Pottera (i nie tylko) do odwiedzin tego wspaniałego bloga. Ten chłopak pisze takie wspaniałe opowiadanie *__* Aż zazdroszczę! ))
http://o-bolu-i-milosci.blogspot.com/

Jeszcze raz:
ŻYCZĘ WSZYSTKIM UDANYCH WAKACJI!

~Bad
  • awatar Bad- Оροωιαdαnια <3: Ag... Dziękuję za słowa zachęty i że w ogóle chce Ci się tutaj wchodzić :))
  • awatar Madlajn ♥: Oj tam, fajnie piszesz :). Mnie się podoba, ale ostatnio nie mam za wiele czasu i nie poświęcam się tak blogowi. Jestem w większości czasu w domu bez internetu więc wiesz :p. Ale pisz dalej! :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Chyba naprawili w końcu liczniki,wiec POWRACAM! )
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Parę tygodni później nastrój Dave'owi się nie poprawiał. Ciągle chodził w żałobie i nawet nie wychodził z domu. Od roku nie mieszkał z rodzicami. Nie wiedzieli nawet o całej tragedii. Nie byłby w stanie o tym komuś opowiedzieć. Było na to stanowczo za wcześnie. Zbyt bardzo bolało.
Raz dzwonili do niego z komisariatu. Przyjechali do niego, żeby mógł złożyć zeznania w sprawie Meg. Niewiele mógł im powiedzieć, ale może coś im pomoże. Opowiedział więc wszystko (czyli prawie nic).
Powiedzieli mu, że będą działać, ale słyszał jak za drzwiami jeden mówi do drugiego, że czarno to widzi, bo praktycznie nic nie wiedzą.
Dzwonili do niego jeszcze parę razy, aby o coś spytać lub się upewnić, al od paru dni telefonu słychać nie było. Pewnie dali sobie spokój ze sprawą i już. Pieprzona policja! nic nie potrafią dobrze zrobić! Siedzą tylko na dupie i narzekają na to jak im trudno! Debile!

Pewnego dnia do Dave'a przyszedł Steve. Był to jego kolega ze studiów. Poszedł on w kierunku malarskim i był całkiem szanowanym malarzem w mieście. Urządził już parę świetnych wystaw w publicznym muzeum i zaczynała się nim powoli interesować telewizja. Nic dziwnego. Miał talent jakich mało! Dave mu nawet zazdrościł kiedyś, ale to była już tylko przeszłość. Teraz byli najlepszymi kumplami. Na dobre i na złe.
-Stary, słyszałem co się stało...- powiedział na samym wstępie Steve.
-Słuchaj, nie chcę o tym gadać...- odparł ponuro Dave.
-Wiem, wiem. Jesteś w żałobie. Chciałem ci tylko złożyć kondolencje. Ja wiem, że ona cię bardzo kochała. Kiedyś mi się zwierzała, że nie potrafiłaby bez ciebie żyć.
-Steve, mówiłem, że...- zaczął, ale chłopak mu przerwał:
-Rozumiem, okej... Przyszedłem także dlatego, żeby zobaczyć jak się czujesz. Ostatnio była Twoja wystawa... Czekali na ciebie ludzie z telewizji lokalnej, ale się nie pojawiłeś...
-A co? Uważasz, że miałam pójść w takim stanie?! Człowieku, uspokój się. Wszystko straciło sens. Nie mam po co żyć. Tą wystawę mam głęboko w dupie!
-Dave... Pisali o tobie w gazecie...- rzucił mu na stolik magazyn. Na pierwszej stronie widniał tytuł 'David Johnson- Utalentowany Malarz XXI wieku?'- Patrz... Napisali tutaj, że masz wyjątkowy talent!
-Nie obchodzi mnie to, Steve.
Faktycznie, miał to gdzieś. Mogli nawet napisać, że maluje jak Leonardo Da Vinci. Nie obchodził go to, co te szmatławce wypisują.
-Człowieku?! Kiedy ty ostatnio miałeś pędzel lub ołówek w ręku?
-Dawno- warknął.
-A widzisz! Ty sobie nie zdajesz sprawy ze swojego talentu. Możesz być kimś, a chcesz to zaprzepaścić. Pogódź się z tym! Ona umarła i nie wróci!
Te słowa spiorunowały Dave'a. Jednym susem przyskoczył do Steve'a i zacisnął mu ręce na gardle.
-Odszczekaj to!
Patrzył na niego z zrządzą zabijania w oczach i dopiero po chwili zrozumiał co robi. Odskoczył od Steve'a i złożył ręce na plecach.
-Przepraszam- powiedział cicho- Odbija mi. Nie chciałem.
-Nie mam do ciebie żalu. Też bym taki był na twoim miejscu. Mi też brakuje Meg. Widziałem ją tylko raz i już ją polubiłem. Była taką pogodną i zawsze uśmiechniętą dziewczyną.
-Tak.
-Słuchaj, ja lecę. A ty się nad sobą zastanów. Megan na pewno by chciała, żebyś był szczęśliwy i kształtował swój talent. Ona umarła, ale pozostanie z tobą na wieki i będzie nad tobą czuwać.
I wyszedł lekko trzaskając drzwiami.
Dave zrobił sobie coś do jedzenia rozmyślając nad słowami przyjaciela. Miał po części rację. Nie mógł do końca życia tak się zachowywać. Musiał coś zmienić. Oczywiście zawsze będzie kochał Meg i będzie mu jej brakowało, ale nie może tak żyć. Przypomniał sobie jej słowa zanim straciła przytomność:
'Kocham cię, Dave. Bądź szczęśliwy'.
Spojrzał na gazetę leżącą na stole. Przeczytał artykuł i już wiedział co musi zrobić... Słowa Megan i Steve'a dały mu do myślenia...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~}

*Podoba się?*
Piszcie komentarze, żebym wiedziała, czy pisać dalej

Chłopak w pióropuszu *__* <3
~Bad
 

 
*Happy Birthday Meryl!
You are the best actress in the world!*
I love you so much
And I Have hope I'll meet you in the future! ;* <3
 

 
Dave już po chwili znalazł się przy lekarzu i zaczął się wypytywać o zdrowie Meg. Melanie też się jakby ożywił. Najwidoczniej chciała wiedzieć czy wszystko jest w porządku.
-I co? Jak poszła operacja?- spytał nachalnie chłopak wstając gwałtownie z krzesełka.
Melanie wstała powoli i także zbliżyła się w stronę lekarza. Jednak on nic nie odpowiadał. Stał z zaciętą miną zastanawiając się jak przekazać im to, co miał im do powiedzenia.
-Czemu pan nic nie mówi?! Co z nią jest? Kiedy będę mógł z nią porozmawiać?!- ponowił swe pytania podniesionym głosem.
-Ona... Obawiam się, że nie może jej pan zobaczyć.
-Ale jak to? Nie jest przytomna? Źle się czuje?- spytał lekko zbity z tropu.
Czemu oni nie mogą go do niej przepuścić? Przecież on chce z nią porozmawiać i spytać się, jak się czuje. I chce w końcu się dowiedzieć jak przebiegła operacja i czy nie było żadnych kłopotów.
-Nie... Ona...- usiłował mu wytłumaczyć lekarz, ale wtrąciła się Melanie:
-Dave pan doktor usiłuje ci przekazać, że...- głos jej się łamał okropnie. Przecież co by nie powiedziała, chłopak by się załamał. Nie mogła mu chyba rzec prosto z mostu co jest grane. Musiała go jakoś delikatnie naprowadzić na poprawną odpowiedź...
-Sens w tym, David, że ty jej już nie zobaczysz, bo ona... nie żyje...
Super, Melanie- pomyślała- To się nazywa delikatnie twoim zdaniem?! Boże, ty niedojdo!
David milczał. Rozszerzył gwałtownie oczy i nie mógł złapać oddechu. Poczuł, że coś się w nim wali. Tak jakby ogromny głaz go zmiażdżył. Jego nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Upadł na kolana. Z jego oczu popłynęły gorzkie łzy. Jak to ona... nie żyje?! Jej serce musi bić! Nie może mnie ot tak zostawić! Nie po tym, co razem przeszliśmy! Mieliśmy być na zawsze razem. Mieliśmy wziąć ślub... Dlaczego ona?
-Ale... Ale jak to? O czym wy mówicie?
-Dave... Przykro mi- powiedziała Melanie współczująco, a na jej policzek spłynęła pojedyncza łza. Podeszła do niego i położyła mu delikatnie dłoń na plecach- Podejrzewam jak się musisz czuć...
-Nieprawda! Nie wiesz, jak to jest! A najgorsze jest to, że to moja wina! To przeze mnie Meg odeszła i nigdy już nie zobaczę jej uśmiechu...
Strzepnął jej rękę, poderwał się i nie patrząc na nikogo pobiegł w kierunku drzwi oznaczonych 'Ostry Dyżur'. Lekarz próbowała go powstrzymywać, ale on się wyszarpnął i po chwili wkroczył do sali, w której na stole operacyjnym leżała blada dziewczyna. Była cała umazana krwią. W pierwszej chwili myślał, że się pomylił i że to nie Megan, ale gdy się uważniej przypatrzył zauważył pierścionek na palcu. Żal ścisnął go za serce, a wyrzuty sumienia powróciły.
Podszedł bliżej. Każdy krok kosztował go tak wiele. Bał się podejść. Ciągle miał nadzieję, że ona żyję, a im był bliżej, tym ta nadzieja coraz bardziej go opuszczała.
W końcu przystanął tuż przy samym stoliku i popatrzył z góry na dziewczynę, którą tak bardzo kochał. Łzy znowu mu popłynęły po policzkach. Przyklęknął przy niej i wziął jej rękę w swe wielkie dłonie. Nawet się nie wzdrygnął, gdy poczuł jaki bije od niej chłód. Była nienaturalnie blada.
Jak wampir- przemknęło mu przez myśl.
Zaczął całować ją delikatnie po ręce i wciąż powtarzał:
-Przepraszam cię, Megan. To moja wina. Przepraszam.
I płakał. Głośno łkał nie mogąc opanować swoich emocji. Do oczu cisnęły się co chwila nowe łzy, a żal i cholerny smutek nijak nie chciały przeminąć...
* * *
Dave został w szpitalu parę godzin. Nie mógł się pogodzić z tym co się stało. Cały czas miał nadzieję, że Megan wstanie i powie mu coś w stylu 'Chłopaku, ogarnij się! Przecież jestem tutaj z tobą!'. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Dziewczyna z Krainy Zmarłych nie powstała, a w sercu Davida pozostawiła po sobie rozpacz i cierpienie.
Przez kolejny tydzień Dave nie ruszał się z łóżka. Myślał i myślał coraz bardziej pogrążając się w smutku i żałobie. Zadręczał się ciągle tym, ze to jego wina. Czuł to po prostu. Gdyby nie był skończonym idiotą, który zaprasza dziewczynę na dach, aby jej wyznać uczucie- żyłaby teraz... Byliby razem tacy szczęśliwi. Czuł także, że jeśli kiedykolwiek dopadłby tego gnoja, który jej to zrobił, zabiłby go na miejscu. Nie ważne, że wsadziliby go za to do więzienia. Chciał się zemścić. Mógłby nawet dożywocie przesiedzieć w ciupie. Teraz wszystko dla niego straciło sens. Nie miał dla kogo żyć. Jedyne światełko w jego życiu odeszło. Stracił swoją podpórkę i teraz wylądował w najgłębszej otchłani jaka mogła istnieć, otaczając go ściśle swymi mackami. Ale David nie chciał się nawet z tego chaosu wydostać. Odpowiadało mu to. Gdyby zaczął myśleć racjonalnie, najprawdopodobniej strzeliłby sobie kulkę w łeb.
* * *
W środę- trzy dni po śmierci Megan- odbył się pogrzeb. Z początku Dave myślał, że się nie przełamie i nie będzie w stanie tam pójść, ale wiedział, że nie byłoby to stosowne. Tak więc ubrał się na czarno i poszedł na uroczystość kościelną. Ksiądz opowiadał jakieś rzeczy o śmierci, ale chłopak nie mógł się nad tym skupić. Wpatrywał się tylko tępo w trumnę. Do oczu cisnęły mu się łzy, ale postanowił nie płakać. Musiał się powstrzymać.
Po mowie księdza podszedł do pięknie zdobionej, drewnianej trumny i przyjrzał się z bliska Meg. Była ubrana w zieloną sukienkę, która mu się tak bardzo podobała. Zawsze mówił, że wygląda w niej jak mała wróżka; jego Wróżka Szczęścia. Sam pomógł jej wybrać tą sukienkę na bal szkolny. I wtedy łzy same popłynęły. Nie mógł ich już dłużej powstrzymywać. Dał całkowity upust swym emocjom. Ścisnął raz rękę Meg i pocałował ją delikatnie w czoło. Ostatni pocałunek. Było to dla niego wprost do nieuwierzenia... Jeszcze miesiąc temu był święcie przekonany, że będą razem na zawsze; do końca swych dni. A teraz... Wszystko się zawaliło w jednej chwili. Przed całą ceremonią chcieli mu oddać pierścionek zaręczynowy Megan, ale stwierdził, że chce, aby cząstka niego pozostała na zawsze z jego dziewczyną.
To tak, jakby umierała także pewna część mnie- pomyślał.
Obrzęd składający się z najbliższej rodziny i przyjaciół Meg ruszył w stronę cmentarza. W tle leciała jakaś muzyka żałobna... Dave szedł w pierwszym rzędzie patrząc zamglonym wzrokiem w stronę trumny. Szli powoli, a wkoło panowała ponura atmosfera. Rodzice dziewczyny łkali cicho na uboczu. Nie mogli pogodzić się ze stratą córki tak samo jak David. Jej ojciec powiedział chłopakowi, że to nie jego wina, i że nie mają do niego pretensji, ale on i tak miał wyrzuty sumienia. Mogli mu mówić, że on się do tego nie przyczynił, ale Dave czuł się tak, jakby to on do niej strzelał.
Gdy chłopak patrzył, jak trumna wraz z Megan opuszczana jest do rowu przeraził się. Chciał wskoczyć razem z nią, lecz nie mógł poruszyć nawet najdrobniejszą częścią swojego ciała.
Po piętnastu minutach wygłaszania mów tłum zaczął się rozchodzić. Nim Dave się spostrzegł nikogo nie było na cmentarzu. Zmierzch już dawno zapadł. Należałoby pójść do domu.
Spojrzał jeszcze raz na grób. Na tablicy było zdjęcie Megan. Sam je zrobił... Doskonale pamiętał ten dzień. Jej ostatnie urodziny... Pstryknął jej kiedy się śmiała z jakiegoś kawału... Wyszła tak słodko. Zalała go kolejna fala bólu. Przeczytał inskrypcje nagrobną:
'Śpieszmy się kochać ludzi- ta szybko odchodzą'. Poczuł się wstrętnie. na nic lepszego ich nie było stać. Jakież to pospolite! A przecież Megan z pewnością zasługuje na coś więcej.
Ostatnie spojrzenie na grób i już go nie było...
_____________________________________________

CZYTASZ=KOMENTUJESZ!
Tak, tak... Przepraszam, że ją zabiłam. Przepraszam! Muszę iść do spowiedzi

Podoba się?
~Bad
 

 
Wszystko wydarzyło się w jednym momencie.
Po strzałach rozległa się wszechogarniająca cisza. Zupełnie nic nie było słychać. Jakby nagle wyłączyć grające głośno radio. Dźwięki przejeżdżających na dole samochodów nagle się urwały. Cisza.
Najpierw Dave pomyślał, że to z jakiejś strzelnicy w pobliżu niosą się echem te odgłosy, ale przecież w tym mieście nie było strzelnic! Więc co to mogło być?
I wtedy Meg rozszerzyła gwałtownie oczy i wysunęła się z ramion Dave'a spadając w dół- na ziemię. Chłopak nie wiedział , co się dzieje. Megan leżała na boku próbując z trudem złapać oddech.
-Co ci się stało?!- krzyknął zrozpaczony klękając przy niej.
-Boli...- odsapnęła, a z jej ust poleciał wąski strumień krwi.
I wtedy to zobaczył. Na jej plecach widniała wielka czerwona plama ... Świeża ciecz rozchodziła się po materiale w zastraszającym tempie. Nie! Ona została postrzelona.
-Megan, trzymaj się! Dzwonię po pomoc!
Poczuł, że siły go opuszczają... W głowie mu huczało, ale przecież nie mógł się poddać! Musiał myśleć racjonalnie i walczyć. O Meg... Wyciągnął z kieszeni komórkę i drżącymi rękoma wybrał numer pogotowia.
-Meg, będzie dobrze! Musi być! Słyszysz mnie?- zbliżył się do niej i po chwili usłyszał niewyraźny szept:
-Dave, kocham cię...
I w tej chwili połączył się z pogotowiem
-Pilnie potrzebna karetka! Ulica Sleep Walker. Chodzi o szkołę tańca! Jesteśmy na dachu... Moja dziewczyna została postrzelona! Tak... Mocno krwawi! Puls wyczuwalny, ale słabnie. Przyjedźcie jak najszybciej!- rzucił komórkę za siebie. Nic go ona nie obchodziła. Mogłaby nawet się roztrzaskać. Miał to gdzieś.
-Meg! Słyszysz mnie? Pogotowie jedzie! Rozumiesz?! Wszystko będzie dobrze.
Dziewczyna nadal miała trudności z oddychaniem. Coś chciała powiedzieć, bo otworzyła usta, lecz nie mogła wymówić ani słowa. Po brodzie natomiast pociekła jej krew. Po paru nieudanych próbach wykrztusiła:
-Wybacz mi... Dave.
Chłopak poczuł się bezsilny. Zacisnął rękę Meg w swoich dłoniach. Była cała zimna. Z jego oczu pociekły łzy.
-Ale za co ty mnie przepraszasz? Za co?! Będziesz żyć! Musisz żyć! Będziemy szczęśliwi- zobaczysz!
-Dave, nie łudź się... Ja umrę. Czuję... Czuję, jak życie ze mnie... ulatuje- teraz i ona się rozpłakała.
-Nieprawda! Walcz! Walcz dla mnie! Ja nie mogę cię stracić. Kocham cię... Nie umiem żyć bez ciebie!
Usłyszał karetkę pogotowia. Była coraz bliżej.
-Słyszysz?- kontynuował- Już jadą. Niedługo się tobą zajmą- powiedział przez łzy.
Lecz ona nie odpowiedziała. Zamknęła oczy i straciła przytomność.
-Meg...? Meg! Słyszysz mnie?
Przyłożył ucho do jej piersi i zaczął nasłuchiwać. Jej serce biło, lecz coraz słabiej i nierównomiernie. Położył rękę na rękę i zaczął ugniatać jej klatkę piersiową usiłując przywrócić jej serce do życia.
-Nie umieraj, nie umieraj- powtarzał w kółko pod nosem.
Po chwili zrobił jej usta-usta. Odetchnęła, ale oczu nie otworzyła. Natomiast znowu zalała się krwią. Włosy, twarz i ubranie miała całe czerwone.
I właśnie w tej chwili usłyszał za sobą jak ktoś otwiera drzwi na dach. Podbiegli do niego dwaj sanitariusze. Dave patrzył jak jeden z nich bierze Megan na ręce, a drugi instruuje go, aby uważał, bo może być ciężko ranna. Po chwili już ich nie było. Dave nie wiedział co ma robić. Nie mógł sobie wyobrazić tego, że jego dziewczyna właśnie umiera i jest w ciężkim stanie. Chłopak siedział jeszcze chwilę nic nie mogąc zrobić, ale w końcu się podniósł i ruszył w ślad za sanitariuszami. Musiał być przy niej.
Gdy wybiegł na ulicę akurat wkładali Meg na nosze, a po chwili zniknęła we wnętrzu karetki. Podbiegł do pojazdu z zamiarem wejścia do środka, lecz powstrzymał go jakiś mężczyzna ubrany w mundur z żółtym napisem 'Pogotowie':
-A ty dokąd, chłopcze?!
-Jestem jej chłopakiem!- i nic nie mówiąc wszedł do karetki i stanął przy noszach, na których leżała Megan.
Patrzył jak jej zakładają kroplówkę i podłączają do jakiejś aparatury.
Odzyskała przytomność. Lecz zdążyła tylko powiedzieć: 'Kocham cię, Dave. Bądź szczęśliwy '. Później znowu odpłynęła w nicość.
-Ona z tego wyjdzie, prawda?!- krzyknął.
-Uspokój się i pozwól nam pracować!- powiedział ten sam mężczyzna, który wcześniej nie chciał go wpuścić do pojazdu- Jej stan jest krytyczny.
Dave usiadł koło swojej dziewczyny i złapał ją za rękę. Lekarze skończyli się koło niej krzątać i przeszli na przód karetki.
-Jak to? Już nic nie zrobicie?!- wykrzyknął wzburzony.
-Nie możemy nic więcej... Musimy dotrzeć jak najszybciej do szpitala i dopiero tam zajmiemy się nią na poważnie.
A więc co mu pozostawało? Miał tak siedzieć bezczynnie kiedy Meg umiera? Miał się przyglądać jak od niego odchodzi?! A najgorsze były wyrzuty sumienia. Wiedział, że to jego wina. Co go, do cholery podkusiło, żeby zabrać Megan na ten głupi dach?! Nie mógł sobie odpuścić i dać jej pierścionek w restauracji?! Co on sobie myślał? Że musi być na tyle romantyczny, żeby zabierać ją tam, gdzie się poznali?
Jezu... Jaki ja jestem głupi!- myślał- Ale ona z tego wyjdzie! Ona musi żyć!
Cóż... Właściwie to pozostało mu tylko pozytywne myślenie. Gdyby nie to już zupełnie by zwariował i się załamał. Czuł się taki bezsilny... Był skazany na przyglądanie się Meg w takim stanie i nic nie mógł zrobić; zupełnie nic. I jeszcze do tego karetka wlekła się jak żółw!
-Przepraszam, nie da się szybciej?!
-Uspokój się, dzieciaku! Chcesz żebyśmy spowodowali wypadek? Jedziemy setką, a tutaj jest ograniczenie do sześćdziesiątki, więc wrzuć na luz, jak wy to mówicie…
-Gdyby pana dziewczyna umierała, to by pan wiedział jak to jest!
Nic nie odpowiedział. Nastała cisza, aż w końcu kompan kierowcy spytał się:
-Co się właściwie stało?
-Byliśmy na dachu i nagle usłyszałem strzały... To wszystko... Nawet się nie rozejrzałem kto strzelał. Nic mnie to wtedy nie obchodziło.
Teraz jednak marzył tylko o tym, aby dopaść tego gnoja i go zabić... Żeby zobaczył jak to jest. I żeby mu się odpłacić za Meg.
Po trzech minutach karetka się zatrzymała. Tylne drzwi się otworzyły, a Dave zobaczył, że się ściemniło.
Dwóch lekarzy wyprowadziło nosze wraz z Meg a chłopak wyskoczył w pojazdu zaraz za nimi. Wkroczyli na korytarz szpitala. Jeden z mężczyzn prowadzących nosze przystanął i spytał o coś młodą pielęgniarkę. Odpowiedź go raczej nie usatysfakcjonowała.
-Co się stało?- spytał podenerwowany Dave, łapiąc sanitariusza za łokieć, bo ten już chciał odejść.
-Nic... Doktora Thompsona nie ma w szpitalu... A zazwyczaj to on dowodzi zespołem podczas tak ważnych operacjach...
-Jak to go nie ma w szpitalu?! Jest lekarzem! Jego obowiązkiem jest tu siedzieć! To jego miejsce.
-Nie podnoś głosu. Ktoś inny będzie ją operował. Nie martw się na zapas. W tej placówce jest paru dobrych lekarzy. To że Thompsona nie ma, nie znaczy, że nikt nie zajmie się pacjentką.
-Mam nadzieję...- mruknął Dave i pobiegł w ślad za Meg.
Lekarze akurat zniknęli za zakrętem. Poszedł za nimi. Tutaj korytarz był węższy. Na drzwiach naprzeciwko widniał wielki napis ‘Ostry Dyżur. Wstęp Wzbroniony!’ Jego jednak nie obchodziły jakieś tam zakazy. On musiał być przy Megan. Musiał wiedzieć, że nic jej nie będzie, i że wszystko jest pod kontrolą. Już podchodził do drzwi, gdy ktoś uwięził jego ramię w żelaznym uścisku. Chciał się wyrwać, ale ten ktoś był silniejszy.
-Chłopcze… Nigdzie nie pójdziesz! Zajmiemy się nią. Nie martw się- I już zniknął za drzwiami.
-Cholera jasna!- krzyknął David i kopnął z całej siły krzesełko, które stało koło niego. Stał chwilę po czym jednak na nim usiadł. Co mu pozostawało? Nie mógł przecież od tak tam wtargnąć. A więc będzie czekał tutaj. Może nawet tak siedzieć cały dzień. Dopóki jej nie zobaczy i nie dowie się, czy wszystko w porządku nie ma zamiaru opuścić tej placówki. Nawet jeśliby mieli go siłą tarmosić.
Siedział tak pochylony rozmyślając, a jego blond czupryna zasłaniała całkowicie zielone oczy. W tej sytuacji Dave wyglądał zupełnie inaczej. Zawsze pogodny wyraz twarzy ustąpił miejsce złowrogiemu spojrzeniu.
Chłopak siedzący w pochylonej pozycji nie miał szans zobaczyć dziewczyny, która akurat stanęła na początku korytarza. Miała ona około dwudziestu lat. Była dość wysoka, a szpilki dodawały jej dodatkowe dziesięć centymetrów. Brązowe, lśniące włosy miała uczesane w długi kucyk upięty na czubku głowy. Spod grzywki spoglądały bystre, stalowoszare oczy. Dziewczyna obrana była w białą bluzkę, czarny żakiet i długie rurki. Ogólnie można by było rzec, że była dosyć urodziwą osobą.
-Nie będę przeszkadzała, jeśli tutaj usiądę?- spytała uśmiechając się lekko. Miała tak bardzo dźwięczny i melodyjny głosik, że David aż podskoczył. Spojrzał na nią kątem oka.
-Nie- powiedział krótko.
Usiadła więc dwa krzesełka od niego i co chwila przyglądała mu się, jakby myślała czy ma coś powiedzieć, czy też może lepiej zachować to dla siebie.
-Wyglądasz na zmartwionego…- zaczęła niepewnie- Wiesz… Ja nie chcę się wtrącać…
-To się nie wtrącaj- powiedział opryskliwie. A co tam! Przecież, teraz nic go nie obchodziło. Miał gdzieś, czy ta dziewczyna się na niego obrazi, czy też nie.
Ona w rzeczy samej się speszyła i spuściła wzrok przyglądając się swoim dłoniom.
-Nie bądź niemiły. Próbuję się tylko dowiedzieć co się stało. Kto wie? Może ci będę mogła pomóc. Nie lubię siedzieć bezczynnie, kiedy ktoś cierpi. To takie nieludzkie. Trzeba sobie pomagać w nieszczęściu…- zamilkła na chwilę, jakby się obawiała, że plecie za dużo. Spojrzała niepewnie na Davida i zakończyła- Ale jeśli nie chcesz mówić, to zrozumiem.
Chłopak natomiast pomyślał, że ona ma rację. W końcu co mu szkodzi się wyżalić? Może mu się zrobi lżej na sercu. Choć odrobinkę.
-Moja dziewczyna tam leży- wskazały wymownie na drzwi prowadzące do sali operacyjnej- Została postrzelona i nie wiem czy z tego wyjdzie. Oczywiście mam nadzieję, że tak, ale przecież nie można być w stu procentach pewnym przy czymś takim…- poczuł, ze do oczu cisną mu się łzy… Nie próbował ich nawet powstrzymywać. Spływały wąskim strumieniem po policzkach wnikając w koszulę.
Zamilkł. Nastała cisza. Dziewczyna widocznie się zawstydziła. Myślała, co też ma odpowiedzieć; jak pocieszyć. W końcu nie było to coś łatwego. W takich sytuacjach trudno było znaleźć odpowiednie słowa, które by kogoś pocieszyły i sprawiły, że poczułby się lepiej.
Podeszła więc do niego i usiadła tuż przy nim i położyła mu rękę na plecach. Był to z jej strony odważny ruch. W końcu nie wiadomo było jak chłopak na taką sytuację by zareagował. Mógł na nią nawrzeszczeć. Ale nie. Dave nic nie zrobił. Siedział ciągle i zachowywał się, jakby zupełnie nic się nie zmieniło. Dziewczyna natomiast powiedziała:
-Wiesz… Nie będę cię pocieszała i mówiła, że wszystko będzie dobrze. Nie mogę ci tego obiecać, bo nie wiem jak będzie, Teraz wszystko zależy od lekarzy. Miejmy nadzieję, że wszystko się uda.
David po raz pierwszy przyjrzał się jej uważnie. Uderzyło go to, co przed chwilą powiedziała. Po raz pierwszy ktoś mu nie mówił żeby się wziął w garść tylko prosto z mostu mówił, że nic nie wiadomo. Zdziwił się szczerością dziewczyny.
Widząc, że chłopak przygląda jej się z osłupieniem posłała mu niepewny uśmiech. Nie odwzajemnił go, ale wyciągnął do niej rękę mówiąc:
-Jestem David.
-Miło mi cię poznać Dave. Jestem Melanie. W skrócie Melly. W tej samej chwili gdy uścisnęła jego rękę, drzwi na salę operacyjną otworzyły się szeroko a na korytarz wyszedł lekarz…
___________________________________
TA DA DA DAM Jak myślicie? Meg przeżyje?

Jakie boskie oczy *.*
~Bad
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
David wstał rano bardzo wcześnie. Wiedział, że będzie to bardzo ekscytujący dzień. Miał się spotkać po południu ze swoją dziewczyną Megan. Od dawna chciał postąpić w tym związku na przód lecz nigdy nie było ku temu sposobności. Postanowił jednak, że dzisiaj nie wróci do domu dopóki nie postawi na swoim.
Dave miał dwadzieścia trzy lata. Był on przystojnym mężczyzną z wielkimi planami na przyszłość. Nie chciał siedzieć bezczynnie w domu tylko zostać muzykiem w jakiejś kapeli. Od najmłodszych lat grał na gitarze klasycznej, a później na elektrycznej. Marzył także o rozpoczęciu nauki gry na perkusji, lecz nie miał wystarczającej ilości pieniędzy, aby rozwijać swoje hobby.
Chodził do szkoły muzycznej i tam za niewielką opłatą uczył się gry na instrumencie. Od najmłodszych lat uważano, że ten chłopak wiele osiągnie. To było nieuniknione. Rzadko kiedy zdarzało się tak wielce utalentowane dziecko. Takim trzeba było się urodzić. Języki chłonął jeden za drugim. Umiał już angielski, francuski, hiszpański i był w trakcie nauki włoskiego.
Od najmłodszych lat dziewczyny podkochiwały się w Davie... Nie wiadomo, czy oddziaływała tak na nie jego uroda, czy romantyzm, wrażliwość i poczucie, że przy nim nic nikomu się stać nie może... On sam nie chcąc skrzywdzić żadnej dziewczyny nie mówił im wprost, że mu się nie podobają albo, że są nie w jego stylu. Zawsze zgrabnie rozwiązywał sprawę tak, aby nikt nie poczuł się odrzucony... Cóż powiedzieć... Świetny chłopak...
Z Megan poznali się w liceum... Chodzi do jednej klasy... Szybko coś do siebie poczuli. Było im dobrze w swoim towarzystwie: śmiali się, ale mogli ze sobą porozmawiać na ważne tematy. Mieli podobne zainteresowania. Lubili czytać książki, oglądać filmy przygodowe. Ona grała na pianinie i śpiewała. Często rozmawiali o aktualnych hitach na listach przebojów. Mieli tyle do powiedzenia na temat każdej piosenki. A to, który moment według nich źle zagrany czy też, gdzie oni inaczej by zagrali albo zaśpiewali. Rozumieli się bez słów, a w trudnych sytuacjach wspierali wzajemnie.
Po niespełna paru miesiącach znajomości zostali parą. Owszem, wiele osób im docinało, że Dave chce się wypromować... W końcu Meg była jedną z najładniejszych dziewczyn w szkole. Ale przecież każda para musi coś takiego przejść. Ich nie obchodziło zdanie innych. Dla nich najważniejsza była miłość i to, że mogli być przy sobie na dobre i na złe.
***
David zaprosił na tą sobotę Megan restauracji. Właściwie to nic oryginalnego. Na początku chciał się z nią spotkać w studiu nagraniowym jego kolegi, ale miało być ono wynajęte przez tydzień, a jemu zależało na czasie. Nie mógł tego odkładać w nieskończoność. Musiał działać jak najprędzej.
Dave przygotowywał się do wyjście dobrą godzinę. Przeważnie wybranie ciuchów zajmowało mu mało czasu, ale musiał się przyłożyć porządnie. Nie mógł się zdecydować czy założyć marynarkę, czy koszulę z krawatem... A może lepiej bez krawata? Z drugiej strony nie mógł się ubrać w jakoś szczególnie elegancko, bo Meg od razu by stwierdziła, że coś się święci...
No trudno... Przecież muszę ładnie wyglądać, myślał, sytuacja tego wymaga. A niech sobie nawet coś podejrzewa!
Ubrał się więc w białą koszule i czarne spodnie od garnituru. Zrezygnował jednak z krawata. Spryskał się perfumami, które tak bardzo podobały się jego dziewczynie, ubrał buty i wyszedł.
Umówili się w restauracji. Miał pół godziny na dotarcie. Spokojnie, zdąży. Właściwie to nie musiał nawet jechać autobusem. W taką ładną pogodę jak ta spokojnie może się na pieszo. Nie zaszkodzi mu.
Tak wiec ruszył przed siebie i jeszcze raz powtórzył sobie w myślach co ma kiedy zrobić i co powiedzieć. Musiało wypaść perfekcyjnie. Gdyby coś poszło nie tak nie wybaczyłby chyba sobie.
Zamówił dla nich salę. Kosztowało go to sporo pieniędzy, które odkładał od miesiąca. Plan był taki... Na początek zamówiłby sobie razem z Meg coś do jedzenia, a później tańczyliby do upadłego do muzyki niekoniecznie klasycznej, śpiewaliby i byłoby tak uroczo! Po wszystkim chciał ją zabrać w miejsce, w którym często się spotykali, a później już pozostawało jedno... Poklepał się po kieszeni i upewnił się, czy na pewno nie zapomniał pudełeczka. Było. Uff... Oby poszło dobrze!
***
Do restauracji Salem dotarł na pięć minut przed czasem. Meg jeszcze nie było.
Dobrze. Będzie miał czas na przygotowanie wszystkiego.
Wszedł do środka i zapytał jakiegoś przechodzącego kelnera czy sala została już przygotowana.
-Ależ oczywiście, proszę pana! Wszystko jest w jak najlepszym porządku! Niech pan się nie martwi- po czym posłał mu uśmiech.
Łatwo mu mówić! Jak ma się nie denerwować przed czymś takim? Tak się nie da. Dave stresował się niewyobrażalnie.
Wszedł po krętych schodach na górę i upewnił się czy naprawdę jest wszystko przygotowane. Podszedł do stołu i nerwowo zaczął poprawiać serwetkę na stole. Boże! Toż to przecież istna paranoja.
-Wszystko będzie dobrze, człowieku! Opanuj się- mruknął pod nosem.
-Coś nie tak?- zapytał głos za nim i nagle poczuł czyjąś delikatną rękę na ramieniu.
Podskoczył jakby się przed chwilą oparzył i powoli odwrócił. Ten głos poznałby wszędzie. Meg. Stała tuż za nim i przypatrywała się mu ze zmartwieniem. Ach... Megan zawsze rozpoznawała kiedy coś się działo. Niczego nie było można przed nią ukryć.
Dave nie mógł nic powiedzieć. Jej wspaniałe błękitnoszare oczy prześwietlały go na wylot.
-Nie... Nic się nie stało. Naprawdę.
Spróbował się uśmiechnąć, ale wyszedł mu jakiś grymas. Dziewczyna jednak mu nie uwierzyła. Czuła, ze ją okłamuje, ale nie chciała drążyć tematu. Jeśli Dave coś ukrywał, to musiał mieć konkretny powód. Przeczuwała także, że wkrótce się przekona o co chodzi. Pozostawało jej cierpliwie czekać. pocałowała go w policzek na przywitanie i spytała:
-A więc... Może usiądziemy?
-Tak, tak. Jasne.
Dave podszedł do krzesełka i odsunął je tak, aby dziewczyna mogła usiąść po czym zajął miejsce na przeciwko niej.
-Zaraz powinni podać jedzenie- powiedział.
Wpatrywał się w nią jakby była aniołem. Co w cale nie jest aż takie dalekie od prawdy. Jej śliczny uśmiech górował nad wszystkimi innymi. Gdy się uśmiechała widać było jej charakterystyczne dołeczki w policzkach i malutki dołeczek na brodzie. Jej wielkie oczy hipnotyzowały każdego, a brązowe pukle spływała kaskadą na ramiona. Uszy ozdabiała zawsze jakimiś kolczykami, a na szyi zawsze nosiła łańcuszek z przywieszką 'I Love NY'. Chciała kiedyś tam pojechać. O Ameryce wspominała zawsze z czcią, jakby była to jakaś świętość. Oczywiście David nie burzył jej marzeń. Cieszył się, że je ma. I trzymał za nią kciuki.
'Ona zostanie kimś wielkim'- mówił o swojej dziewczynie.
Jego rozmyślania przerwał kelner, który przyniósł zupę. Był to kapuśniak. Meg zawsze lubiła kwaśne rzeczy, więc bardzo jej smakowało. Następnie na stole pojawił się kurczak z kapustą i ziemniakami. W Salemie zawsze gotowali pyszne potrawy. Rzadko można było spotkać coś tak wyśmienitego.
-Ślicznie wyglądasz...- powiedział przełykając kęs i uśmiechając się. Trema już prawie go opuściła, ale wiedział, że powróci ona, gdy tylko wyjdą z restauracji.
-Och... Mówisz mi to z każdym razem! Jestem przecież zwykłą dziewczyną- zaśmiała się.
-A widzisz... I tu się nie zgadzamy.
Po posiłku tańczyli. Bardzo długo. Meg śpiewała piosenki, a on się jej przysłuchiwał.
-Masz taki wspaniały głos...
-Nie przesadzaj- prychnęła.
Nie skomentował tego. Wiedział, że ma rację.
Pili szampana rozmawiając- o wszystkim. O tym na jaki film pójdą w następnym tygodniu, ale także o tym co ostatnio przeczytali lub o czym ciekawym słyszeli.
-Meg...- zmienił temat Dave.
-Hm?
-Wiesz, myślałem, że może poszlibyśmy do naszej 'kryjówki'. Co o tym sądzisz?
Modlił się w duchu, aby się zgodziła. Od tego wszystko zależało. Jednak ona długo nie odpowiadała. W przeciwieństwie do Dave'a, jej nie dało się ot tak prześwietlić. Trudno było odgadnąć co czuła i o czym myślała.
-Wiesz... Jest dość ciepło i...
-Dobrze chodźmy.
Meg poczuła, że Dave'owi na tym bardzo zależy, więc się zgodziła.
Ich 'kryjówka' znajdowała się w rzeczywistości na dachu szkoły tanecznej. Spędzali tam sporo czasu. W końcu to właśnie tam się tak naprawdę poznali. Owszem znali swoje imiona i nazwiska już wcześniej, ale dopiero na tym dachu mogli szczerze porozmawiać.
Meg przychodziła tam często kiedy miała jakieś zmartwienie. Tamtego dnia kiedy spotkała Dave'a zerwała z chłopakiem. Okazało się, że ją zdradzał z jej przyjaciółką. Dowiedziała się o tym przypadkiem. Szła akurat do galerii handlowej kiedy ich zobaczyła. Całowali się. Na początku nie mogła w to uwierzyć. W końcu była daleko i mogło jej się przewidzieć. Chłopak był co prawda podobny do Jima, ale nie była przekonana w stu procentach. Dopiero później, gdy podeszła bliżej przekonała się, że to prawda. Nie wiedziała co powiedzieć. Nakrzyczała na niego i uderzyła w policzek. Po czym płacząc dotarła na dach. Długo nie mogła się opanować i zastanawiała się, dlaczego on jej to zrobił, aż w końcu usłyszała za plecami jego głos- Dave'a.
-Megan? Co ty tutaj robisz?- spytał podchodząc.
Wytarła pośpiesznie oczy i zwróciła się ku niemu:
-Nic. Myślę...
-Płakałaś?- spytał patrząc na jej czerwone oczy.
-Tak...
-Co się stało?
Opowiedziała mu wszystko. O tym jak się czuje, co myśli i pożaliła się, że nie wie co dalej robić. A on ją przytulił. Poradził jej, żeby skończyła ze swoim chłopakiem, bo jeśli jest niewierny to jest strasznym dupkiem. Pocieszał ją długo.
-A ty co tutaj robisz?- spytała w końcu.
-Hm... Lubię tu przychodzić. Jest tu ciekawa atmosfera. Można uciec od świata. I ładny stąd jest widok. Czasami przychodzę malować.
-Malujesz?
-Tak... Kiedyś ci pokażę...
***
Na dach dotarli w dziesięć minut. Weszli pośpiesznie wchodząc do szkoły i dalej kierując się schodami na górę. Jakież to było zabawne. Nikt jeszcze ich nigdy nie przyuważył... A z pewnością gdyby ktoś się o tym dowiedział. Nie spodobałoby się to mu.
-Po co mnie tu przyprowadziłeś, Dave?- spytała w końcu- Od samego początku widzę, że coś cię gnębi i że się strasznie czymś przejmujesz. Masz tremę. Co się stało? Mi możesz powiedzieć...- zapewniła go stając przed nim i gładząc ręką jego policzek.
-Wiesz, ja cię kocham...
-Ja też cię kocham, głuptasie i...
Uciszył ją gestem dłoni.
-Nie przerywaj mi, proszę... Bardzo cię kocham. Jesteśmy parą od dawna. Skończyliśmy studia i chcemy dalej sprawdzić się w zawodzie, ale ja... Ja nie chcę żebyśmy się rozstali. Chcę z tobą ciągle być. Kocham cię Meg jak nikogo innego. Jesteś dla mnie najważniejsza i to się nie zmieni- wyciągnął powoli z kieszeni pudełko i klękając ciągnął- Meg... Wyjdziesz za mnie?- powiedział otwierając niebieskie pudełeczko i odsłaniając zawartość- pięknie zdobiony pierścionek.
Meg wpatrywała się najpierw w niego, a potem jej oczy powędrowały w dół. Spojrzała na pierścionek.
-Dave, ja...
Nie mogła powiedzieć tego co chciała. Gardło się jej zaciskało. Była zdumiona. Nie spodziewała się czegoś takiego po nim. Długo nic nie mówiła, więc chłopak zapewnił ją:
-Nie musisz odpowiadać teraz.
-Ale ja...
-Możesz spokojnie się namyśleć- powiedział wstając.
-Ale...
-Nie naciskam na ciebie Meg- nie dawał jej dojść do słowa.
-Ale ja chcę powiedzieć, że się zgadzam, kretynie!
-Naprawdę?
-Tak!
I już wylądowała w jego ramionach a po jej twarzy ciekły łzy zadowolenia.
-Kocham cię, Meg.
-Kocham cię, Dave.
Całowali się namiętnie i co chwile czule coś do siebie szeptali. Byli szczęśliwi jak jeszcze nigdy w życiu.
-Jestem najszczęśliwszym chłopakiem na świecie!- krzyknął na całe gardło.
-Uspokój się Dave!- zaśmiała się Megan.
I wtedy rozległy się strzały psując wszystko raz na zawsze...
__________________________________________
Poproszę o komentarze z Waszymi opiniami ^-^ Pamiętajcie, że każdy komentarz dodaje poweru do pisania ^-^
~Bad
 

 
David wstał rano bardzo wcześnie. Wiedział, że będzie to bardzo ekscytujący dzień. Miał się spotkać po południu ze swoją dziewczyną Megan. Od dawna chciał postąpić w tym związku na przód lecz nigdy nie było ku temu sposobności. Postanowił jednak, że dzisiaj nie wróci do domu dopóki nie postawi na swoim.
Dave miał dwadzieścia trzy lata. Był on przystojnym mężczyzną z wielkimi planami na przyszłość. Nie chciał siedzieć bezczynnie w domu tylko zostać muzykiem w jakiejś kapeli. Od najmłodszych lat grał na gitarze klasycznej, a później na elektrycznej. Marzył także o rozpoczęciu nauki gry na perkusji, lecz nie miał wystarczającej ilości pieniędzy, aby rozwijać swoje hobby.
Chodził do szkoły muzycznej i tam za niewielką opłatą uczył się gry na instrumencie. Od najmłodszych lat uważano, że ten chłopak wiele osiągnie. To było nieuniknione. Rzadko kiedy zdarzało się tak wielce utalentowane dziecko. Takim trzeba było się urodzić. Języki chłonął jeden za drugim. Umiał już angielski, francuski, hiszpański i był w trakcie nauki włoskiego.
Od najmłodszych lat dziewczyny podkochiwały się w Davie... Nie wiadomo, czy oddziaływała tak na nie jego uroda, czy romantyzm, wrażliwość i poczucie, że przy nim nic nikomu się stać nie może... On sam nie chcąc skrzywdzić żadnej dziewczyny nie mówił im wprost, że mu się nie podobają albo, że są nie w jego stylu. Zawsze zgrabnie rozwiązywał sprawę tak, aby nikt nie poczuł się odrzucony... Cóż powiedzieć... Świetny chłopak...
Z Megan poznali się w liceum... Chodzi do jednej klasy... Szybko coś do siebie poczuli. Było im dobrze w swoim towarzystwie: śmiali się, ale mogli ze sobą porozmawiać na ważne tematy. Mieli podobne zainteresowania. Lubili czytać książki, oglądać filmy przygodowe. Ona grała na pianinie i śpiewała. Często rozmawiali o aktualnych hitach na listach przebojów. Mieli tyle do powiedzenia na temat każdej piosenki. A to, który moment według nich źle zagrany czy też, gdzie oni inaczej by zagrali albo zaśpiewali. Rozumieli się bez słów, a w trudnych sytuacjach wspierali wzajemnie.
Po niespełna paru miesiącach znajomości zostali parą. Owszem, wiele osób im docinało, że Dave chce się wypromować... W końcu Meg była jedną z najładniejszych dziewczyn w szkole. Ale przecież każda para musi coś takiego przejść. Ich nie obchodziło zdanie innych. Dla nich najważniejsza była miłość i to, że mogli być przy sobie na dobre i na złe.
***
David zaprosił na tą sobotę Megan restauracji. Właściwie to nic oryginalnego. Na początku chciał się z nią spotkać w studiu nagraniowym jego kolegi, ale miało być ono wynajęte przez tydzień, a jemu zależało na czasie. Nie mógł tego odkładać w nieskończoność. Musiał działać jak najprędzej.
Dave przygotowywał się do wyjście dobrą godzinę. Przeważnie wybranie ciuchów zajmowało mu mało czasu, ale musiał się przyłożyć porządnie. Nie mógł się zdecydować czy założyć marynarkę, czy koszulę z krawatem... A może lepiej bez krawata? Z drugiej strony nie mógł się ubrać w jakoś szczególnie elegancko, bo Meg od razu by stwierdziła, że coś się święci...
No trudno... Przecież muszę ładnie wyglądać, myślał, sytuacja tego wymaga. A niech sobie nawet coś podejrzewa!
Ubrał się więc w białą koszule i czarne spodnie od garnituru. Zrezygnował jednak z krawata. Spryskał się perfumami, które tak bardzo podobały się jego dziewczynie, ubrał buty i wyszedł.
Umówili się w restauracji. Miał pół godziny na dotarcie. Spokojnie, zdąży. Właściwie to nie musiał nawet jechać autobusem. W taką ładną pogodę jak ta spokojnie może się na pieszo. Nie zaszkodzi mu.
Tak wiec ruszył przed siebie i jeszcze raz powtórzył sobie w myślach co ma kiedy zrobić i co powiedzieć. Musiało wypaść perfekcyjnie. Gdyby coś poszło nie tak nie wybaczyłby chyba sobie.
Zamówił dla nich salę. Kosztowało go to sporo pieniędzy, które odkładał od miesiąca. Plan był taki... Na początek zamówiłby sobie razem z Meg coś do jedzenia, a później tańczyliby do upadłego do muzyki niekoniecznie klasycznej, śpiewaliby i byłoby tak uroczo! Po wszystkim chciał ją zabrać w miejsce, w którym często się spotykali, a później już pozostawało jedno... Poklepał się po kieszeni i upewnił się, czy na pewno nie zapomniał pudełeczka. Było. Uff... Oby poszło dobrze!
***
Do restauracji Salem dotarł na pięć minut przed czasem. Meg jeszcze nie było.
Dobrze. Będzie miał czas na przygotowanie wszystkiego.
Wszedł do środka i zapytał jakiegoś przechodzącego kelnera czy sala została już przygotowana.
-Ależ oczywiście, proszę pana! Wszystko jest w jak najlepszym porządku! Niech pan się nie martwi- po czym posłał mu uśmiech.
Łatwo mu mówić! Jak ma się nie denerwować przed czymś takim? Tak się nie da. Dave stresował się niewyobrażalnie.
Wszedł po krętych schodach na górę i upewnił się czy naprawdę jest wszystko przygotowane. Podszedł do stołu i nerwowo zaczął poprawiać serwetkę na stole. Boże! Toż to przecież istna paranoja.
-Wszystko będzie dobrze, człowieku! Opanuj się- mruknął pod nosem.
-Coś nie tak?- zapytał głos za nim i nagle poczuł czyjąś delikatną rękę na ramieniu.
Podskoczył jakby się przed chwilą oparzył i powoli odwrócił. Ten głos poznałby wszędzie. Meg. Stała tuż za nim i przypatrywała się mu ze zmartwieniem. Ach... Megan zawsze rozpoznawała kiedy coś się działo. Niczego nie było można przed nią ukryć.
Dave nie mógł nic powiedzieć. Jej wspaniałe błękitnoszare oczy prześwietlały go na wylot.
-Nie... Nic się nie stało. Naprawdę.
Spróbował się uśmiechnąć, ale wyszedł mu jakiś grymas. Dziewczyna jednak mu nie uwierzyła. Czuła, ze ją okłamuje, ale nie chciała drążyć tematu. Jeśli Dave coś ukrywał, to musiał mieć konkretny powód. Przeczuwała także, że wkrótce się przekona o co chodzi. Pozostawało jej cierpliwie czekać. pocałowała go w policzek na przywitanie i spytała:
-A więc... Może usiądziemy?
-Tak, tak. Jasne.
Dave podszedł do krzesełka i odsunął je tak, aby dziewczyna mogła usiąść po czym zajął miejsce na przeciwko niej.
-Zaraz powinni podać jedzenie- powiedział.
Wpatrywał się w nią jakby była aniołem. Co w cale nie jest aż takie dalekie od prawdy. Jej śliczny uśmiech górował nad wszystkimi innymi. Gdy się uśmiechała widać było jej charakterystyczne dołeczki w policzkach i malutki dołeczek na brodzie. Jej wielkie oczy hipnotyzowały każdego, a brązowe pukle spływała kaskadą na ramiona. Uszy ozdabiała zawsze jakimiś kolczykami, a na szyi zawsze nosiła łańcuszek z przywieszką 'I Love NY'. Chciała kiedyś tam pojechać. O Ameryce wspominała zawsze z czcią, jakby była to jakaś świętość. Oczywiście David nie burzył jej marzeń. Cieszył się, że je ma. I trzymał za nią kciuki.
'Ona zostanie kimś wielkim'- mówił o swojej dziewczynie.
Jego rozmyślania przerwał kelner, który przyniósł zupę. Był to kapuśniak. Meg zawsze lubiła kwaśne rzeczy, więc bardzo jej smakowało. Następnie na stole pojawił się kurczak z kapustą i ziemniakami. W Salemie zawsze gotowali pyszne potrawy. Rzadko można było spotkać coś tak wyśmienitego.
-Ślicznie wyglądasz...- powiedział przełykając kęs i uśmiechając się. Trema już prawie go opuściła, ale wiedział, że powróci ona, gdy tylko wyjdą z restauracji.
-Och... Mówisz mi to z każdym razem! Jestem przecież zwykłą dziewczyną- zaśmiała się.
-A widzisz... I tu się nie zgadzamy.
Po posiłku tańczyli. Bardzo długo. Meg śpiewała piosenki, a on się jej przysłuchiwał.
-Masz taki wspaniały głos...
-Nie przesadzaj- prychnęła.
Nie skomentował tego. Wiedział, że ma rację.
Pili szampana rozmawiając- o wszystkim. O tym na jaki film pójdą w następnym tygodniu, ale także o tym co ostatnio przeczytali lub o czym ciekawym słyszeli.
-Meg...- zmienił temat Dave.
-Hm?
-Wiesz, myślałem, że może poszlibyśmy do naszej 'kryjówki'. Co o tym sądzisz?
Modlił się w duchu, aby się zgodziła. Od tego wszystko zależało. Jednak ona długo nie odpowiadała. W przeciwieństwie do Dave'a, jej nie dało się ot tak prześwietlić. Trudno było odgadnąć co czuła i o czym myślała.
-Wiesz... Jest dość ciepło i...
-Dobrze chodźmy.
Meg poczuła, że Dave'owi na tym bardzo zależy, więc się zgodziła.
Ich 'kryjówka' znajdowała się w rzeczywistości na dachu szkoły tanecznej. Spędzali tam sporo czasu. W końcu to właśnie tam się tak naprawdę poznali. Owszem znali swoje imiona i nazwiska już wcześniej, ale dopiero na tym dachu mogli szczerze porozmawiać.
Meg przychodziła tam często kiedy miała jakieś zmartwienie. Tamtego dnia kiedy spotkała Dave'a zerwała z chłopakiem. Okazało się, że ją zdradzał z jej przyjaciółką. Dowiedziała się o tym przypadkiem. Szła akurat do galerii handlowej kiedy ich zobaczyła. Całowali się. Na początku nie mogła w to uwierzyć. W końcu była daleko i mogło jej się przewidzieć. Chłopak był co prawda podobny do Jima, ale nie była przekonana w stu procentach. Dopiero później, gdy podeszła bliżej przekonała się, że to prawda. Nie wiedziała co powiedzieć. Nakrzyczała na niego i uderzyła w policzek. Po czym płacząc dotarła na dach. Długo nie mogła się opanować i zastanawiała się, dlaczego on jej to zrobił, aż w końcu usłyszała za plecami jego głos- Dave'a.
-Megan? Co ty tutaj robisz?- spytał podchodząc.
Wytarła pośpiesznie oczy i zwróciła się ku niemu:
-Nic. Myślę...
-Płakałaś?- spytał patrząc na jej czerwone oczy.
-Tak...
-Co się stało?
Opowiedziała mu wszystko. O tym jak się czuje, co myśli i pożaliła się, że nie wie co dalej robić. A on ją przytulił. Poradził jej, żeby skończyła ze swoim chłopakiem, bo jeśli jest niewierny to jest strasznym dupkiem. Pocieszał ją długo.
-A ty co tutaj robisz?- spytała w końcu.
-Hm... Lubię tu przychodzić. Jest tu ciekawa atmosfera. Można uciec od świata. I ładny stąd jest widok. Czasami przychodzę malować.
-Malujesz?
-Tak... Kiedyś ci pokażę...
***
Na dach dotarli w dziesięć minut. Weszli pośpiesznie wchodząc do szkoły i dalej kierując się schodami na górę. Jakież to było zabawne. Nikt jeszcze ich nigdy nie przyuważył... A z pewnością gdyby ktoś się o tym dowiedział. Nie spodobałoby się to mu.
-Po co mnie tu przyprowadziłeś, Dave?- spytała w końcu- Od samego początku widzę, że coś cię gnębi i że się strasznie czymś przejmujesz. Masz tremę. Co się stało? Mi możesz powiedzieć...- zapewniła go stając przed nim i gładząc ręką jego policzek.
-Wiesz, ja cię kocham...
-Ja też cię kocham, głuptasie i...
Uciszył ją gestem dłoni.
-Nie przerywaj mi, proszę... Bardzo cię kocham. Jesteśmy parą od dawna. Skończyliśmy studia i chcemy dalej sprawdzić się w zawodzie, ale ja... Ja nie chcę żebyśmy się rozstali. Chcę z tobą ciągle być. Kocham cię Meg jak nikogo innego. Jesteś dla mnie najważniejsza i to się nie zmieni- wyciągnął powoli z kieszeni pudełko i klękając ciągnął- Meg... Wyjdziesz za mnie?- powiedział otwierając niebieskie pudełeczko i odsłaniając zawartość- pięknie zdobiony pierścionek.
Meg wpatrywała się najpierw w niego, a potem jej oczy powędrowały w dół. Spojrzała na pierścionek.
-Dave, ja...
Nie mogła powiedzieć tego co chciała. Gardło się jej zaciskało. Była zdumiona. Nie spodziewała się czegoś takiego po nim. Długo nic nie mówiła, więc chłopak zapewnił ją:
-Nie musisz odpowiadać teraz.
-Ale ja...
-Możesz spokojnie się namyśleć- powiedział wstając.
-Ale...
-Nie naciskam na ciebie Meg- nie dawał jej dojść do słowa.
-Ale ja chcę powiedzieć, że się zgadzam, kretynie!
-Naprawdę?
-Tak!
I już wylądowała w jego ramionach a po jej twarzy ciekły łzy zadowolenia.
-Kocham cię, Meg.
-Kocham cię, Dave.
Całowali się namiętnie i co chwile czule coś do siebie szeptali. Byli szczęśliwi jak jeszcze nigdy w życiu.
-Jestem najszczęśliwszym chłopakiem na świecie!- krzyknął na całe gardło.
-Uspokój się Dave!- zaśmiała się Megan.
I wtedy rozległy się strzały psując wszystko raz na zawsze...
__________________________________________
Poproszę o komentarze z Waszymi opiniami ^-^ Pamiętajcie, że każdy komentarz dodaje poweru do pisania ^-^

Kiedyś tą piosenkę już tu wstawiałam, ale że tak bardzo ją kocham to nie mogę się oprzeć, żeby nie wstawić ją po raz drugi <3
P.S Podobało się? Wchodźcie, komentujcie, lajkujcie moją stronkę na Facebooku ^^ --> https://www.facebook.com/pages/BAD-%D0%9E%CF%81%CE%BF%CF%89%CE%B9%CE%B1d%CE%B1n%CE%B9%CE%B1-%E0%A7%B8/452915888095115?ref=hl
~Bad
 

 
Ponieważ nie było w ogóle komentarzy pod odcinkiem pierwszym stwierdziłam, że się Wam on nie podoba, dlatego też publikować będę teraz rozdziały opowiadania, które zaczęłam kiedyś pisać na starym blogu Mam nadzieję, że się Wam spodoba ^^
Ostatnio wkurza mnie ten pinger. Nie dość, że liczniki nie chodzą, to jeszcze nieraz wpisu nie mogę dodać -.- A jak już dodam, to niektórzy go nie widzą (
____________________________________________

Śmierć… Czymże Ona jest? Z pewnością czymś okropnym. Przychodzi niespodziewanie, wchodzi przez drzwi i już cię nie ma. Czasami próbujesz się bronić- walczysz. Jednak Ona wniknie wszędzie. Choćbyś zamykał okna i barykadował drzwi- Ona cię dogoni. Nie można Jej uniknąć… Jednak jakie ma prawa, aby zabierać nam najważniejsze dla nas osoby? Czy Ona nie ma co robić, że zabiera nam nasze światełko, nasz sens życia?
Wiele osób załamuje się, gdy traci właśnie kogoś takiego. Ale przecież to nic dziwnego… Na przykład Mike. Każdy byłby przecież smutny, gdyby pozbawić go sensu istnienia. Lecz kiedy smutek i żal przeradza się w obsesję, to chyba co innego… Wtedy już nikomu nie jest do śmiechu…

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I jak?
Omnomnom: <3
~Bad
  • awatar Hollie Wolf: Fajny temat....dobrze to przedastawiłaś...wogóle superaśmie. Nie mogę się doczekać mastępnego... :D
  • awatar Gość: Hmmm zapowiada sie ciekawie ;)
  • awatar †Your Happiness†: świetny.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
*Rok Później*

Wahadełko zegarka poruszało się rytmicznie na lewo i na prawo. Z każdym ruchem upływała sekunda. Sekundy zamieniały się w minuty, a minuty w godziny. I tak przez całe dnie i noce. Mechanizm zegarka dział z niezawodną precyzją. Wskazówka sekundowa krążyła szybko dookoła tarczy- bez przeszkód. Zupełnie tak jak nowe życie Emily...

W ciągu tego roku życie tej dziewczyny powróciło na dawne tory. Wszystko się poukładało. Dziewczyna zrozumiała, że kłamstwem niczego się nie zdziała.
Jake jej wybaczył... Ich związku nie można chyba jeszcze nazwać przyjaźnią, ale chłopak nie unika jej tak jak kiedyś. Ból po jej oszustwie i zdradzie zarył się gdzie w głębi jego serca, ale postanowił dać jej szansę. W końcu bardzo się starała, aby mu wszystko wynagrodzić... Z początku chłopak nie chciał jej nawet na oczy widzieć, lecz w końcu- po rozmowie z Willem- przyszedł do niej...
Natomiast jeśli chodzi o Jilla... Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Jego zwłoki znaleziono w rzece... Policja stwierdziła, że popełnił samobójstwo. Nie znaleziono żadnych śladów, które by temu przeczyły. Emily nie potrafiła się jednak cieszyć z jego śmierci. Odetchnęła- to pewne. Nie musiała się go już obawiać. Jednak- mimo wszystko- Jill był człowiekiem. A czy można się cieszyć ze śmierci innej istoty?

To zadziwiające jak życie potrafi się zmienić, kiedy się jest szczerym i próbuje się naprawić to, co złego się wyrządziło bliźnim. Emily postanowiła zmienić swoje życie i dzięki temu powróciła na prostą. Ma przyjaciół, nie musi się bać, że ktoś na nią czyha za rogiem, ale przede wszystkim ma kogoś kto ją kocha ponad wszystko- Willa...


**TOM 1- KONIEC **



_____________________________________________

P.S Tak wiem... Nienawidzicie mnie w tej chwili. Wiele osób ma mi pewnie za złe to, że tak szybko skończyłam. Przepraszam Was za to. Jednak postanowiłam pisać kolejną powieść wzorując się na filmie Mamma Mia!. Teraz pewnie masa osób wzdycha i mówi, że ten film to totalny kicz... Nie martwcie się ) Pozmieniam wiele faktów i elementów Więc mam nadzieję, że Wam się spodoba. *Piszcie co sądzicie na ten temat!*

P.S2- napisałam 'Tom 1- Koniec', ponieważ jeślibyście chcieli kiedyś mogę się zabrać za kontynuację tej powieści

Oh... I na koniec proszę o uwagi... Co Wam się podobało w tym opowiadaniu, co niekoniecznie, a co byście zmienili. Chętnie posłucham!!

BUZIAKI!
~Bad
  • awatar Madlajn ♥: Tak, nienawidzę cię! xd. No ale przyznać muszę że opowiadanie było super *-*
  • awatar Bad- Оροωιαdαnια <3: @gość kasia: Emily- 16, a Will 26 Hyhy ^^
  • awatar Gość: No to tak udusze cie chyba ze zakonczylas to ;) ale generalnie swietne to opowiadanie i musisz napisac kolejną część blagam ;* ;) a i mam yakie pytanko ile lat ma will i emilly ?!;p
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 

Taki tam mój best ^-^

P.S jeszcze dzisiaj się postaram napisać kolejny rozdział... Zamierzam jeszcze napisać z pięć rozdziałów i później zabieram się za nową powieść. Mam już trochę pomysłów, więc myślę, że nie będzie najgorzej! A zresztą odczuwam, że trochę już Was nudzi to opowiadanie... )
Papa ;*
~Bad
 

 
Byłam w taki szoku, że przez dobrą minutę nie mogłam zrozumieć co się właśnie wydarzyło. Ktoś podbiegł i zdecydowanym ruchem wdarł się pomiędzy mnie a Willa powodując to, że potknęłam się i upadłam na plecy. Po chwili rozległy się odgłosy szamotaniny. Byłam tak przerażona, że zebranie się z ziemi trochę mi zajęło. Gdy tylko zdołałam wstać podbiegłam do Willa i chłopaka z kapturem na głowie, który właśnie na nim leżał i okładał go pięściami po twarzy.
-Co wy wyprawiacie?!- krzyknęłam.
Spróbowałam ich jakoś rozdzielić, ale napastnik był na tyle silny, że w żaden sposób nie dało się go powstrzymać.
-W tej chwili przestańcie!
Poczułam, że zaraz zacznę płakać z bezsilności. Tak naprawdę nic nie mogłam zrobić. Czułam się z tym okropnie.
W końcu jednak Will zdołał poskromić chłopaka. Złapał go za ręce i odepchnął od siebie. Kiedy zakapturzony napastnik upadł na śnieg a następnie próbował się podnieść z głowy spadł mu kaptur i zobaczyłam kogoś, kogo znałam. Jak on tu się znalazł?! W jednej chwili strach powrócił. To był Jake. Nie musiałam się nawet zastanawiać nad tym, czemu napadł na Willa. To było całkiem zrozumiałe. Każdy by chyba tak postąpił, gdyby zobaczył, że ktoś całuje jego dziewczynę.
-Jake! Ja ci to wszystko wytłumaczę....- powiedziałam z żalem w głosie, że musiał się o tym dowiedzieć w taki, a nie inny sposób.
-Co ty mi chcesz wyjaśniać? To że kiedy ja sobie wyjeżdżam ty w spokoju romansujesz sobie z... nim? Możesz sobie darować naprawdę... Tylko wiesz, co najbardziej boli? To, że ci zaufałem, a ty okazałaś się jakąś totalną szma...
-Tylko bez takich tam!- przerwał mu w pół słowa Will i już chciał do niego doskoczyć.
-Nie wtrącaj się, proszę- powiedziałam do niego i podeszłam do Jake'a.
-Nic mnie tak naprawdę nie usprawiedliwia. Chciałam ci to powiedzieć już na początku, ale nie chciałam cię ranić. Wtedy, kiedy do ciebie zadzwoniłam i chciałam umówić się na spotkanie, powiedziałeś, że wyjeżdżasz....
-I ty wspaniałomyślnie stwierdziłaś, że nic nie stoi ci na przeszkodzie, żeby się z nim obściskiwać. No tak! Nie było mnie w kraju, to nie miał cię kto nakryć na zdradzie! Wiesz co, Emily? Jesteś beznadziejna... Myślę, że nie mamy o czym gadać...
Zrobił krok w tył. Próbowałam go powstrzymać łapiąc za kurtkę, ale wymknął mi się spod ręki i zaczął odchodzić w szybkim tempie nawet się nie obejrzawszy.
Zaczęłam płakać. Nie dlatego, że Jake mnie olał i nie pozwolił sobie wytłumaczyć, dlaczego to przed nim ukrywałam, tylko dlatego, że wiedziałam jak go zranił widok Willa całującego mnie. Chciałam się wtedy zapaść pod ziemię.
Will przytulił mnie do siebie mocno. Do mojego nosa dotarł intensywny zapach krwi. Dopiero wtedy spojrzałam na twarz Willa. To, co zobaczyłam mnie przeraziło. Na prawej skroni, tuż pod linią włosów widniała wielka rana, z której ciurkiem ciekła krew. Spływała szybko po policzku i po szyi, aby następnie wsiąknąć w koszulkę. (Tak a propos... Czy mu naprawdę nie jest zimno, że wychodzi w środku zimny na dwór tylko w koszulce?!)
-Jezu! Co on ci zrobił?
-Uderzył kamieniem- wskazał na dużej wielkości głaz, który także był czerwony od krwi, i który leżał sobie spokojnie na ziemi.
-Trzeba ci opatrzyć tą ranę. Chodź! Musimy dotrzeć jak najszybciej do szpitala, żebyś się nie wykrwawił- powiedziałam stanowczym głosem. Lecz Will tylko się roześmiał.
-Mowy nie ma!- uśmiechnął się- To tylko lekkie zadrapanie! Wystarczy woda utleniona i plaster!- powiedział tak, jakby nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji.
-Człowieku! ty masz ranę na pół głowy i mówisz, że nic ci nie jest?! W tej chwili masz ze mną jechać do szpitala!!- podałam mu swój szalik- Masz! Spróbuj zatamować krew, a ja idę szukać transportu...
-Em, wyluzuj... Nigdzie nie jadę!- powiedział, ale mimo wszystko przyjął szalik i przyłożył go sobie do głowy.
Byłam na niego coraz bardziej wkurzona.
-Tak? Twardziela chcesz zgrywać? Jeśli w tej chwili ze mną nie pojedziesz do szpitala, a później spokojnie nie będziesz leżał jak ci będą zakładać szwy, to z nami koniec! Nigdy już mnie nie zobaczysz!- powiedziałam poważnym tonem...
Spojrzał na mnie przelotnie, żeby stwierdzić, czy nie żartuję, a ja stałam z założonymi na piersi rękoma...
-Boże! Niech ci już będzie, pójdę. Ale żebyś wiedziała! Robię to tylko dla ciebie- mówiąc to przewrócił oczyma.
Zaśmiałam się i poszliśmy na poszukiwanie transportu...
Po dziesięciu minutach znaleźliśmy postój taksówek... Dwoje kierowców nie zgodziło się nas podwieźć, bo, jak to ujęli, nie chcą mieć zachlapanej krwią tapicerki... Dopiero trzeci (za podwójną stawkę) zgodził się nas podwieźć. I w ten oto sposób dotarliśmy po kwadransie do szpitala. Nawet nie musieliśmy długo czekać. Napotkaliśmy bardzo miłą pielęgniarkę, która widząc zakrwawionego Willa, który trzyma szalik, nadający się już tylko do wyrzucenia, znalazła doktora, który obecnie niczym się nie zajmował, i który nas przyjął. Siedziałam koło Willa trzymając go za rękę, kiedy lekarz czyścił mu ranę, a następnie zakładał siedem szwów.
Siedząc tam przy nim myślałam o tym, co robi Jake. Mógł się przecież na tyle załamać, żeby zrobić jakąś głupotę. Modliłam się wtedy, żeby skończyło się tylko na jego złym samopoczuciu. Jedno było pewne. jake nie będzie chciał ze mną gadać już nigdy więcej i ja musiałam to w zupełności uszanować...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Co za akcja xD

Boże! Jaki cudowny głos! <3 *-*
~Bad
  • awatar Madlajn ♥: Szkoda mi trochę Jake'a. No ale "poszkodowanego" też xd
  • awatar †Your Happiness†: Nie było mnie przez kilak dni,ale nadrobiłam zaległości i jest świetnie. CZekam na więcej.♥
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
*Słyszałam, ze wiele osób ma problem z licznikami. Wiecie coś na ten temat? Co zrobić, żeby liczby odwiedzin się naliczały?*
________________________________

Następnego dnia, tak jak przewidziałam, nie nadawałam się zupełnie do niczego. Siedziałam ze smutną miną na łóżku i bez wpatrywałam się tępo w ścianę. Will siedział cały czas przy mnie, chociaż mówiłam mu niejednokrotnie, żeby lepiej sobie poszedł. Jednak przyrzekł, że będzie siedział cicho i nie odezwie się ani jednym słowem, bo wie jak się okropnie czuje. Muszę przyznać, że trzymał się całkiem nieźle. Wytrzymał całe pięć godzin wpatrując się we mnie bez słowa. Jednak później się złamał i postanowił za wszelką cenę sprawić, żebym przestała się zadręczać. Tak więc zaczął mnie przekonywać abym poszła z nim na spacer albo do kina. Z początku marudziłam i mówiłam, że mi się nie chce, ale pomyślałam sobie, że Willowi też nie jest łatwo, kiedy mnie widzi w takim nastroju, więc przystałam na jego propozycję i po parunastu minutach wyszliśmy z domu. Ponieważ i tak w kinie nie mogłabym się skupić na wyświetlanym filmie postanowiliśmy pójść do parku na spacer.
Zaczynał się luty. Zima już powoli odchodziła ustępując miejsca wiośnie. Temperatury były coraz wyższe, a śniegu na ulicach było coraz mniej.
Długo milczeliśmy. Chciałam rozpocząć jakoś rozmowę, ale nie mogłam znaleźć tematu, który zainteresowałby Willa.
-Jak tam ci się układa? Wróciłeś do pracy?- spytałam w końcu z braku lepszego tematu do rozmów.
-Mówiłem ci już, że mnie zwolnili, nie pamiętasz?
-Jasne, że pamiętam... Ale tak właściwie to co się stało?- spytałam zaintrygowana tonem głosu Willa. Mówił zupełnie tak, jakby chciał uniknąć tematu. Tak, jakby nie chciał mi o czymś powiedzieć.
-Uch... Długa historia... Nie będę cię zanudzał...
Przystanęłam i złapałam go za ramię, żeby i on zaczekał. Stanął przede mną, a ja spojrzałam mu w twarz...
-Chcę wiedzieć. Ukrywasz coś?
-Nie. Oczywiście, że nie! Nie byłbym w stanie cie okłamać. Wiesz przecież jak cię kocham!
-Will... Nie rób ze mnie głupka. Wiele w życiu przeżyłam, żeby wiedzieć, że nie mówisz mi prawdy- spuściłam głowę- Nie zniosłabym kłamstwa od osoby, na której mi zależy... Proszę, powiedz mi...
Zapanowała cisza. Znowu nie wiedziałam jak mam zareagować. Chciałabym, żeby to on zrobił pierwszy krok. Nie musiałam długo czekać. Will podniósł rękę i jednym ruchem palca podniósł moją głowę na tyle, aby mógł mi spojrzeć prosto w oczy.
-Dobra masz rację... Nie powiedziałem ci do końca prawdy... Bałem się... Nie chcę, żebyż to przeżywała, bo to w pewnym sensie dotyczy ciebie...
Nie rozumiałam o co mu chodzi. Jaki związek może mieć jego praca ze mną?
Widząc jaka jestem zdezorientowana, Will powiedział dobitnie:
-Chodzi o Jilla.
W jednej chwili przypomniał mi się jego telefon. To jak mi grozi, jak mówi, że mnie znajdzie i zabije moich przyjaciół.
-Kiedy przekonałem się o swoich uczuciach do ciebie postanowiłem go odnaleźć. Chciałem sprawić, żebyś poczuła się bezpiecznie. Pomyślałem sobie, że gdyby wpadł w moje ręce a później trafił do więzienia nie miałabyś już więcej kłopotów. Zacząłem zaniedbywać swoje obowiązki w pracy. Szukałem choćby najmniejszego namiaru na Jilla. Przeszukiwałem najróżniejsze papiery, sprawdzałem, gdzie ostatnio przebywał, pytałem jego znajomych, gdzie obecnie mieszka. W końcu mnie wywalili za, jak to ujął komendant, moją 'obsesję'... Ot, cała prawda.
Próbowałam się nie rozklejać. Z jednej strony nie mogłam uwierzyć w takie poświęcenie Willa, a z drugiej starałam się nie myśleć o moim psychopatycznym byłym...
-A więc widzisz... Chciałem cię nie dołować i tyle... Kocham cię...
I właśnie te dwa ostatnie słowa sprawiły, że zupełnie się rozkleiłam. Wtuliłam się w jego pierś i powiedziałam dławiąc się płaczem:
-Will... Ja tak strasznie się go boję... Czuję, że po mnie przyjdzie... Rozumiesz?!
Przytulił się do mnie opierając swoją głowę na mojej i powiedział cicho, ale stanowczo:
-Nie pozwolę, żeby ci się coś stało. Będę cię chronił. Ten drań nawet cię nie dotknie. Przy mnie ci nic nie grozi, Emily... Ufasz mi?
Odchyliłam się lekko i przytaknęłam. Will położył swoje ręce na moich biodrach i pocałował mnie namiętnie. Zarzuciłam swoje ręce na jego ramiona i odwzajemniłam pocałunek. Czułam, że przy nim nic mi się nie stanie. Był typem mężczyzny, przy którym kobieta czuła się bezpieczna.
Chciałam, żeby ten pocałunek trwał wiecznie, lecz coś, a raczej KTOŚ nam przeszkodził...
_________________________
Jak myślicie- kto? *-*

Ojojoj <3
P.S PODOBA WAM SIĘ NOWY WYGLĄD?
~Bad
  • awatar Madlajn ♥: Bardzo fajnie teraz jest :>. Świetny rozdział :3
  • awatar Imre: Ja na temat liczników pisałam do administracji, wiele innych użytkowników także.. Ciekawie, piszesz! Powodzenia! Oby tak dalej!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Witajcie! A więc parę dni temu tak mnie natchnęło, żeby narysować jakiś portret Wybór padł oczywiście na Chada Kroegera. Bo na kogóż innego? <śmiech>
Rysowałam, rysowałam i w końcu wyszło 'coś' podobnego do oryginału

Ja zła chcę się Wam pochwalić tym co mi wyszło xD

:3
Dla porównania macie oryginał

*I jak oceniacie?*

P.S Jeśli coś chcecie to mogę narysować. BO co tydzień muszę przynosić minimum jedną pracę na zajęcia plastyczne. Najlepiej mi chyba wychodzą portrety ^^ Jak coś- PISZCIE! Bo mi osobiście brak pomysłów
~Bad
 

 
Nawet nie pamiętam jak tamtego wieczoru znalazłam się we własnym domu. Kiedy Will mnie całował marzyłam, aby ten moment nigdy się nie kończył. Chciałam, żeby to całe wyznanie Willa nie okazało się jedynie pięknym snem. I przede wszystkim marzyłam o tym, żeby Will już na zawsze pozostał tym miłym chłopakiem, którego tak bardzo kochałam. Wiedziałam, że wiele wymagam od losu, ale dałabym wszystko, żeby moje życie poukładało się przy boku tego chłopaka. Moje miejsce było właśnie przy nim. Wiem, tak mówi każda nastolatka, ale moje uczucia były wyjątkowo silne. Nigdy jeszcze czegoś takiego nie czułam. Dla Willa byłam w stanie zrobić wszystko. Był dla mnie najważniejszą osobą na świecie. Bez niego świat wydawał się pusty. Nie potrzebowałam niczego ani nikogo innego do życia, kiedy on był przy mnie. To on był teraz moim powietrzem, dzięki któremu mogłam żyć i normalnie funkcjonować.
Jednak, aby być w pełni szczęśliwa i żyć bez poczucia winy musiałam ponaprawiać to, co zniszczyłam. Przede wszystkim musiałam powiedzieć Jake'owi całą prawdę... Gdyby to jeszcze było takie proste...

* * *

Dzień po tym, jak Will uratował mi życie, zadzwoniłam do Jake'a.
-Cześć. Co tam kotku?- spytał radośnie.
I jak ja komuś tak szczęśliwemu miałam złamać serce? Przecież on naprawdę mnie kochał. Jak miałam mu wyznać, że powiedziałam mu 'Kocham Cię' tylko dlatego, żeby nie stracić przyjaciela. Wtedy, na lotnisku, myślałam, że to jedyne wyjście- że tak należy postąpić. Ale teraz z perspektywy czasu byłam zdolna zobaczyć, że to właśnie przez to kłamstwo mój przyjacielski związek z Jake'em ma legnąć w gruzach. Ale Jake nie zasługiwał na to, aby go okłamywać. Musiał poznać prawdę nawet jeśli to miało go bardzo zranić i zmusić do wyjazdu...
-Musimy się spotkać- powiedziałam pewnym siebie głosem.
-Słońce... Przecież wiesz, że z tobą zawsze... Ale widzisz... Chodzi o to, że to nie jest najlepszy moment...
-Jake, to naprawdę ważne. Nie mam dobrych wieści...
W tej chwili w słuchawce rozległ się jakieś szurania. Gdzie on, do cholery, był?!
-Emily?! Halo? Nic nie słyszę... Słuchaj! Jestem na lotnisku! Muszę wyjechać na dwa dni. Jadę do rodziny! Odezwę się, jak tylko będę miał czas! Pa!- i się rozłączył.
Czemu jak chciałam dobrze wszystko musiało się źle układać? No cóż... Dobre wieści są takie, że miałam dwa dni na dokładne przemyślenie tego, co mam mu powiedzieć. Zważając jednak na zadanie, jakie miałam do zrobienia, te czterdzieści osiem godzin wydawało się strasznie małym przedziałem czasowym. Will powiedział, że mi nie pomoże w powiedzeniu prawdy Jake'owi. Stwierdził, że nie chce się mieszać do tej sprawy. Powiedział, że to ja sama muszę się z tym uporać. Oczywiście obiecał mi wsparcie ze swojej strony. Mu także zależało na moim szczęściu. Wiedział o tym, że nie zaznam spokoju mając kogoś na sumieniu.
W tej samej chwili, kiedy myślałam o moich problemach (a raczej użalałam się nad sobą), do pokoju wszedł Will.
-Hej, cóż tam słychać?- uśmiechnął się, gdy mnie ujrzał.
Ciągle nie mogłam się przyzwyczaić do tego, że potrafił ułożyć usta w taki słodki uśmieszek. Najzwyczajniej musiałam się przyzwyczaić do tej drugiej, łagodniejszej natury Willa.
-Doła mam- powiedziałam cicho.
W jednej chwili Will znalazł się przy mnie. Usiadł wygodnie na kanapie i mnie objął.
-Źle to przyjął?- spytał ze współczuciem podejrzewając, że mój smutek odnosi się do rozmowy z Jake'em.
-W OGÓLE tego nie przyjął...
Zapanowała cisza. Nie widziałam jego twarzy, ale mogłam przysiąc, że się pogubił. Wyobraziłam sobie jak marszczy te swoje brwi. W innej sytuacji pewnie bym się roześmiała, ale to nie był odpowiedni moment.
-Jak to?- spytał w końcu.
-Nie powiedziałam mu...
-Czekaj, czekaj. Rozmawialiśmy chyba wczoraj, nie?- spytał tonem, w którym (mogłam przysiąc!) kryło się potępienie względem mojej osoby.
Faktycznie rozmawialiśmy. Po tym jak Will mnie uratował i wyznał swoje uczucia zabrał mnie do swojego domu, zaparzył herbaty i rozmawialiśmy parę godzin. O najprzeróżniejszych rzeczach. Chcieliśmy się bardziej poznać... Rozmowa zeszła także na tory Jake'a.
-Powiedział, że nie może rozmawiać. Był na lotnisku i wsiadał właśnie do samolotu...
-Za ile wróci.
-Dwa dni...
-I co? Będziesz przez dwa dni chodzić z taką miną? Nie mogę patrzeć jak cierpisz...
Wtulił twarz w moje włosy.
-A co innego mam zrobić?
-Wiem, że nie mogę od ciebie oczekiwać, że przez te dwa dni będziesz się uśmiechać i żartować sobie z przyjaciółmi w najlepsze, ale przynajmniej spróbuj o tym nie myśleć. Nie chce żebyś się zadręczała.
Łatwo mu było mówić. Ale z drugiej strony troszczył się o mnie. Chciał żebym nie chodziła jak zombie przez te dwa dni nie nadając się do niczego innego jak narzekanie nad swym marnym losem.
-Zrozum nic innego nie jestem w stanie zrobić. Przez telefon mu tego nie powiem. On zasługuje na to, aby się tego dowiedzieć podczas rozmowy twarzą w twarz. Nie mogę mu wysłać SMS-a o treści: 'Nie kocham cię i nigdy nie kochałam'. To mu złamie serce! Wiem, że i tak się załamie, więc chcę to zrobić w sposób jak najdelikatniejszy. A poza tym... Kogo obchodzi to, że przez te dwa dni będę miała zły humor?! Jak on się o tym dowie nie będzie mógł dojść do siebie przez dużo dłuższy okres!
-Wiem... masz rację. Przepraszam... Tylko musisz sobie zdać sprawę z tego, że to nie może czekać w nieskończoność... I pamiętaj... Nigdy cię z tym ei zostawię samej. Kocham cię.
Po czym pocałował mnie delikatnie.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, jeśli ten rozdział się Wam nie podoba. Jak już mówiłam mam złe samopoczucie... Liczę, że to szybko minie...

Chętnie bym teraz wstawiła jakąś mroczną muzę, w której utopiłabym smutki, ale nie chcę żebyście musieli cierpieć z mego powodu, więc macie coś, co po prostu kocham słuchać, kiedy jestem wesoła:
Maroon 5 <3
~Bad
 

 
Na wstępie chcę się Was o coś spytać... *Podoba Wam się nowy wygląd bloga, czy woleliście stary?* Postanowiłam, że będzie najprościej jak się tylko da, ale samego oryginału znieść nie mogłam, więc parę poprawek jest

*Zapraszam na Rozdział ^^*
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

-Co ty, do cholery, sobie wyobrażasz?!- krzyczał stojąc nade mną.
Ciągle nie mogłam się otrząsnąć z pierwszego szoku. Leżałam na ziemi zupełnie przemoczona od deszczu, który zaczął padać i zastanawiałam się skąd on tu się wziął.
-Wstawaj idiotko i powiedz co ci odbiło!- krzyknął po czym schylił się i szarpnął mnie za rękę, zmuszając żebym wstała. Gdy stałam już przed Willem on spojrzał na mnie złowrogim wzrokiem. Jednak nie spuściłam wzroku. Mimo tego, że było mi niesamowicie zimno i trzęsłam się na całym ciele mierzyłam, go wzrokiem. Śledził mnie, czy co? Skąd się tu tak nagle zjawił?! Will ubrany był w koszulkę z krótkim rękawem. Więc, jakim prawem nie było mu zimno?! Było już z pewnością po dwudziestej, ale wszystko widziałam wyraźnie dzięki blasku księżyca. Will nawet nie miał gęsiej skórki.
-Nie za gorąco ci przypadkiem?- spytałam sarkastycznie.
Nie odpowiedział. Poruszył parę razy ustami chcąc na mnie nakrzyczeć albo powiedzieć coś co by mnie zraniło, ale nie był w stanie wypowiedzieć choćby jednego, najmniejszego słowa.
-No dalej! Nawrzeszcz na mnie! Powiedz, że jestem głupia! Obraź mnie w końcu! No dalej, czekam!- krzyknęłam zła na niego.
-Mogłaś zginąć...- zamiast odpyskować powiedział cicho. Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby Will mówił do kogoś z takim współczuciem w głosie.
-Patrzcie go... Nie wiedziałam, że Pan Policjant jest taki spostrzegawczy- obdarzyłam go kolejnym sarkazmem.
Pierwszy raz w życiu, to ja panowałam nad nim, a nie odwrotnie. To ja go poniżałam, ja go obrażałam i ja na niego krzyczałam. Czułam się z tym świetnie. Może w końcu zrozumie jak ja się czułam przez ten cały czas, kiedy to on się tak zachowywał. Cholerny dupek! On w ogóle nic nie czuje! Nie umie nawet postawić się na czyimś miejscu i zrozumieć co ten ktoś czuje! Gdy o tym pomyślałam jeszcze bardziej zrobiło mi się żal. Czemu ja się w nim zakochałam? Nawet się nie spostrzegłam kiedy stał się osobą dla mnie najważniejszą. Kiedy to się zdążyło wydarzyć?
I właśnie wtedy, kiedy byłam pogrążona w rozmyślaniach i coraz bardziej zaczynałam się nienawidzić spostrzegłam zmianę w wyrazie twarzy Willa. Coś się w nim zmieniło. Oczy, które do tej pory ciskały błyskawicami wokół, teraz były zaszklone- pojawiły się w nich łzy.
-Czemu ryczysz? Czy aby Pan Policjant nie powinien być bardziej twardy? Bardziej okrutny?!
-Przestań...- powiedział cicho.
-Co przestań?
-Tak mnie... nazywać...
-Och! Chodzi ci o 'Pana Policjanta'...?- ciągnęłam ten teatrzyk.
-Tak...
-Chyba jednak nie przestanę. Wiesz, Will... jesteś beznadziejny! Po co w ogóle tutaj przychodziłeś! Mogłeś iść gdziekolwiek! Czemu akurat przyszedłeś tutaj?! Czemu nie pozwoliłeś mi zrobić tego, co zamierzałam?- nawet nie zwróciłam uwagi, kiedy po moich policzkach pociekły łzy. Stał przede mną i nie mogło do niego dotrzeć to, co właśnie powiedziałam.
-Przestań...
-Z drugiej strony, gdybym umarła nie miałbyś kogo obrażać, nękać...
-Przestań!- zaprotestował głośniej.
-I poniżać. Gdybym wpadła pod ten pociąg ty nie miałbyś się najzwyczajniej w świecie na kim wyżywać! To byłoby dla ciebie okropne, nie?
-Przestań, powiedziałem!-krzyknął.
Stanowczość jego głosu sprawiła, że nie wiedziałam co mam powiedzieć. Stałam przemoczona do suchej nitki i nawet już zapomniałam o tym, że zaraz zamarznę na kość z zimna.
-Czemu tu przyszedłeś?- wyszeptałam.
-O... O co ci chodzi?
-No wiesz... Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
Zapanowała cisza. Z daleka zaczęły dochodzić odgłosy zbliżającej się burzy. Niebo przeszyła błyskawica.
-Śledziłem cię...
-Aaa... Nakryłam cię z tymi SMS-ami i teraz nie pozostało ci nic innego, jak mnie śledzić, żeby mi się 'nic nie stało', tak? Masz jakąś obsesję, czy co? Czemu prześladujesz akurat mnie?- spytałam usiłując zrozumieć o co mu tak naprawdę w tym wszystkim chodzi.
-Bo... Bo mi zależy.
Nie wiedziałam do końca co miał na myśli mówiąc to, więc zapytałam:
-Na czym?
Niebo przecięła kolejna błyskawica, a po chwili huknęło dość blisko.
-Na tobie...
Powiedział to bardzo cicho, ale i tak usłyszałam. Zamarłam. Przesłyszałam się, czy co? To nie możliwe! On nie mógł tego powiedzieć. To nie może być prawda.
-Gdyby naprawdę ci na mnie... zależało, nie zachowywałbyś się tak. Nie oczerniałabyś mnie, nie szukałbyś choćby najmniejszej okazji aby się na mnie wyżyć i obrazić. Jak możesz mówić, że ci na mnie zależy?! Pamiętasz jak powiedziałeś, że żałujesz, że mnie wtedy... pocałowałeś?- końcówkę zdania wydusiłam z trudem.
-Nie zrozumiesz tego. Nikt nie rozumie.
-Skoro tak uważasz, to najwidoczniej nie mam tu czego szukać...- powiedziałam i odwróciłam się chcąc odejść, lecz Will był szybszy i nim zdążyłam postawić pierwszy krok, złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie.
Byłam zaskoczona. Jego twarz dzieliła od mojej jedynie parę centymetrów. Wpatrywał mi się w oczy ciągle trzymając za rękę.
-Moja praca wymaga tego, żebym taki był, rozumiesz?
Chciałam mu powiedzieć, że gdzieś to już słyszałam, ale byłam w takim szoku, że nie wiedziałam co mam powiedzieć. Potaknęłam tylko, a Will ciągnął:
-Kiedy cię spotkałem, po tym jak twój przyjaciel Steve zgłosił ten zamach na ciebie...- umilkł widząc poruszenie na mojej twarzy. W jednej chwili powróciły złe wspomnienia, który zmusiły mnie do samobójstwa. Odgoniłam je od siebie jak najszybciej. Nie chciałam teraz się rozklejać.
-Spotkałem cię po raz pierwszy. Od razu pomyślałem sobie, że masz ciężki charakterek- uśmiechnął się kątem ust...
-Aha... I ten mój, jak to nazywasz, 'ciężki charakterek' zmusił cię do ciągłego gardzenia i pomiatani mną?
-Nie! Oczywiście, że nie!- podniósł swój ton- Nie rozumiesz? Poznałem cię dokładniej. Tak bardzo mnie wkurzałaś, denerwowałaś. Próbowałem po prostu o tobie zapomnieć, ale później śledztwo się ciągnęło i byłem zmuszony do widywania się z tobą! Myślałem sobie 'przemęczę się jakiś czas', ale później... Nie wiem co się ze mną stało... Z jednej strony tak bardzo cię nienawidziłem, a z drugiej byłem tobą... zafascynowany. To było nie do powstrzymania. Nie wyobrażasz sobie nawet jak się czułem! To było okropne. Przez to, że nie umiałem sobie z tym poradzić wyżywałem się na tobie. Coraz bardziej i bardziej.
Słuchałam go. Nie mogłam uwierzyć w to co mówi.
-Wtedy, kiedy do mnie przyszłaś, chciałem żebyś poszła, bo wiedziałem, że nie będę mógł się powstrzymać, aby nie powiedzieć ci czegoś złego. To jest naprawdę trudne do zrozumienia. Ja nienawidziłem sam siebie, Emily, bo widziałem jak bardzo cię ranię. Boże! Jaki ja jestem głupi.
-N-nie mów tak- powiedziałam. Chciałam mu położyć rękę na ramieniu w geście pocieszenia, ale teraz Will trzymał mnie za dwa nadgarstki.
-Kiedy cię całowałem czułem się wspaniale. To było coś nie do opisania... Ale później zachowałem się jak ostatni dupek i zwaliłem wszystko na to, że byłem pijany. To nieprawda, że nigdy nie zrobiłbym tego, gdybym był świadomy tego co robię. Wtedy wiedziałem co robię i mi się to podobało. Emily... Proszę wybacz mi za to wszystko... Kiedy dzisiaj wpadłem na ciebie na posterunku chciałem cię przeprosić, ale odeszłaś... Poszedłem za tobą i kiedy zorientowałem się, co zamierzasz zrobić rzuciłem ci się z pomocą. Emily, nie wiem czemu to zrobiłaś i nawet nie chcę wiedzieć dlaczego... Tylko obiecaj mi, że nigdy już tak nie postąpisz. Zbyt bardzo cię kocham, żebym mógł cię stracić.
Puścił moje ręce, nachylił się i pocałował. Najpierw niepewnie, a później bardziej stanowczo.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Cóż za wyznanie. <3
Jezu... Ten rozdział naprawdę jest długi... Ale, kiedy zaczęłam pisać nie mogłam przestać.

No i teraz pozostawiam Wam decyzję... *Chcecie jeszcze dalszy ciąg historii, czy mam to już kończyć i zacząć coś nowego? Decyzja należy do Was* Mi osobiście dobrze się to pisze I nie wiem, czy szybko wymyślę jakąś nową fabułę

Ojojoj <3
P.S Ostatnio mam straszne problemy z dodawaniem wpisów. Muszę czasami paręnaście razy klikać, żeby się dodało. Wy też tak macie?
~Bad
  • awatar Lovely thing ♥: Jejku jest świetnie. Natknełam się na twojego bloga, dzieki koncie mojej koleżanki i jestem zafascynowana twoim opowiadanie, jesli masz cas i okazję, to wpadnij. Ja nie nalegam.
  • awatar Gość: Hej :) Proszę Cię pisz i nie kończ ;) masz ogromny talent :D pisz dużo i baaardzo często :D bo jak zakończyłam ten rozdział to nie wiedziałam co mam ze sobą robić
  • awatar Gość: Hej świetny wpis i prosze nie koncz jeszcze bo bardzo bardzo sie wciagnelam ;) a mi osobiscie podobalo sie tak jak wcześniej mialas wystrojone na ciemno ;p i błagam nie koncz jeszcze tego bo jest świetne ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Marzyłam tylko o tym aby biec. Jak najdalej. Nie ważne gdzie... Sama nie wiem czemu spotkanie Willa sprawiło, że zaraz po tym jak wyszłam z komisariatu popłakałam się. Może to ten strach, a raczej obawa przed tym, że się w nim powoli zakochiwałam..? A raczej byłam zakochana, ale bałam się przyznać do tego sama przed sobą. Przecież to nie było racjonalne! Nie dość, że był ode mnie starszy o dziesięć lat, to jeszcze gdy zamieniał się w bezwzględnego policjanta, jego zachowanie sprawiało, że miałam chęć zamknąć się w jakimś ciemnym pomieszczeniu bez mebli, drzwi i okien i płakać. Płakać bez końca. Czy on naprawdę nie widział, że tak bardzo rani mnie swoim zachowaniem. Doskonale rozumiem to, że jego praca wymaga tego, aby być stanowczym facetem, który musi czasami nieźle krzyknąć, ale to nie tego Willa polubiłam. Will, który mi się podoba jest pewny siebie, ale jest także pomocny, opiekuńczy... W końcu wymyślił tą całą zabawę w kotka i myszkę, żeby poprzez SmS-y mnie chronić... Właściwie to czemu on to robił? Przecież mnie nie znał. Więc czemu postanowił mnie ratować przed wpadaniem w tarapaty? Równie dobrze mogło paść na zupełnie inną dziewczynę, których jest miliony na świecie, ale on akurat wybrał mnie. Zupełnie nic nie znaczącą Emily. Tym bardziej przytłaczało mnie jego zachowanie. Przecież to jest niemoralne! Z jednej strony dobry Will, a z drugiej ten zły...
W tym samym czasie kiedy byłam pogrążona nad rozmyślaniem jakie to moje życie jest złe, moja komórka zaczęła mi wibrować w kieszeni. Sięgnęłam po nią ręką ledwo ją utrzymując w swoich zziębniętych palcach i nacisnęłam (także z wielkim trudem) zieloną słuchawkę, nie patrząc kto dzwoni.
-Halo?
-Cześć, kochana! Co tam u ciebie? Nauczyłaś się do fizyki?
-Jakiej fizyki?- spytałam zdezorientowana
-No... Ostatnio powiedziałaś mi, że nie możemy się spotkać, bo uczysz się na sprawdzian...- powiedział to takim tonem, jakby to była rzecz oczywista.
W jednej chwili przypomniałam sobie, jak mu nakłamałam o teście z fizyki. Faktycznie, test miał być, ale przez ostatnie wydarzenia nie miałam głowy do nauki.
-Aaa... Tak, tak... Nauczyłam się...
-To... Może się spotkamy? Pokazałbym Ci coś fajnego, co ostatnio znalazłem w Internecie- dorzucił przekonująco. Jednak na mnie nie zrobiło to wrażenia. Im dłużej trwała nasza rozmowa, tym ja bardziej chciałam wrzucić telefon do jakiejś studzienki kanalizacyjnej i pójść dalej, ale nie mogłam tego zrobić. Jake z pewnością na to nie zasługiwał. To ja utrudniłam sobie życie kłamstwami i to ja musiałam sobie z tym poradzić.
-Wiesz... Jake... Ja nie mogę. Ja...- język mi się plątał a w oczach słyszałam nowe łzy- Wybacz, ale nie jestem w stanie.
-Em... Ty płaczesz? Jezu, co się stało?- w jego głosie mogłam wyczuć zmartwienie.
-Nic... Przepraszam- i rozłączyłam się. Czułam się na tyle fatalnie, ze nie mogłam znaleźć choćby jednego usprawiedliwienia na moje zachowanie.
Szłam dalej ulicą jednak przyśpieszyłam kroku. W końcu od południa wczoraj do teraz nie byłam w domu. Zaraz po wyjściu z komisariatu- gdy włączyłam komórkę- widniało nowe piętnaście nieodebranych połączeń od rodziców. A poza tym marzyłam o gorącej kąpieli, o zdjęciu tych przepoconych, wczorajszych ciuchów, o gorącym kakao i o wygodnej kanapie. Chciało mi się potwornie spać. Dzisiejszy dzień był nie do wytrzymania. Will, Steve... Kłamstwa, kłamstwa, KŁAMSTWA! Całe moje życie było nasycone kłamstwami. Na każdym kroku kłamałam. Na każdym! Raniłam tym tym innych, najbliższe mi osoby.
Telefon znowu zadrgał mi w kieszeni. Przekonana o tym, że to Jake chce mnie pocieszyć (egoistka! Jeszcze chce, żeby ją pocieszano!) odebrałam bez patrzenia na wyświetlacz i rzuciłam do telefonu:
-Bardzo cię przepraszam. Wiesz co? Możemy się spotkać dzisiaj tylko...
Nie dokończyłam, ponieważ rozbawiony, zimny głos przerwał mi w pół zdania:
-Och... Doprawdy? Przepraszasz mnie? Za co? O! A może za to, że twój kochaś nieźle mnie sprał, co?!
To nie był Jake. Gdy sobie uświadomiłam, kto do mnie dzwoni zmroziło mnie. Po policzkach popłynęły łzy. W jednej chwili powrócił strach. Bałam się. Cholernie. Ledwo utrzymałam się na nogach, a telefon prawie wyśliznął mi się z ręki.
-Nie spodziewałaś się, że zadzwonię, co?
-Jak...? Skąd..?- wyszeptałam w końcu zduszonym głosem.
-Skąd mam twój numer? Hmm... Nie było to trudne... A już zupełnie nie będzie trudne znalezienie cię. Wiem gdzie mieszkasz, wiem gdzie lubisz chodzić, wiem u kogo możesz przebywać. Ja wiem wszystko, skarbie...-roześmiał się na cały głos.
Wybałuszyłam oczy. Telefon wypadł mi z ręki a ja nie byłam zdolna do zrobienia choćby najmniejszego kroku. Stałam jak skamieniała. Przez moją głowę przelatywało tysiące myśli, a każda coraz to okropniejsza od poprzedniej. Nie wiedziałam co mam zrobić. on mógł być wcześniej. Ten psychopata mógł się na mnie czaić. Mógł nawet teraz mnie śledzić. Nie byłam w stanie tego wytrzymać psychicznie. Płakałam już na całego.
I może właśnie dlatego postanowiłam to zrobić. Pójść na tory, zaczekać aż będzie jechał jakiś pociąg... i...
Jak najszybciej zaczęłam biec w stronę mostu. Nie miałam daleko. Zaledwie pięć minut biegiem. Lubiłam chodzić na ten most. Zawsze kiedy czułam się źle przychodziłam tu porozmyślać. Głośny terkot kół przejeżdżającego przez most pociągu doskonale odciągał moją uwagę od kłopotów.
Dotarłam tam po niedługim czasie. Teraz pozostawało tylko czekać. Wraz z przyjazdem pociągu miałam się pozbyć wszystkich złych myśli i strachu. Miałam skończyć z obawą o życie moje i moich bliskich. Miałam przestać myśleć o Willu i (jeśli istniało życie po śmierci) miałam spotkać Steve'a. Wreszcie miałam skończyć z kłamstwami. Kogo ja oszukiwałam? Wszystkim będzie lepiej beze mnie. Nikt już nie będzie okłamywany i nikogo już nie zranię.
Wreszcie rozległ się oczekiwany terkot kół pociągu. Był blisko. Za minutę miał się tu zbliżyć.
Postawiłam stopę na torach. Później kolejny. Odwróciłam się przodem do nadjeżdżającego pojazdu, który zaraz miał tu nadjechać. Wypuściłam swobodnie powietrze z ust i wpuściłam do swojego organizmu orzeźwiający wiatr zimy przez nos W oddali zobaczyłam światła pociągu. Za kilka sekund miał nadjechać.
Coraz bliżej... Już niedaleko.
Pozostało mi może dziesięć sekund. Zamknęłam oczy. Zaczęłam doliczać.
Dziesięć.. dziewięć... osiem... siedem... sześć... pięć... cztery... trzy... I kiedy już miałam wymówić w myślach 'dwa' coś z wielką siłą rzuciło się na mnie. Nie był to pociąg...

~~~~~~~~~~~~~~~~
Postarałam się dzisiaj napisać dłużej Mam nadzieję, że podołałam zadaniu
Całkiem spoko rozdział jak dla mnie, a co Wy sądzicie?

Też macie takiego WIELKIEGO bzika na punkcie tej muzy? Mi się podoba podkład i te partie jak ten Murzyn śpiewa Jak ten blondynek śpiewa to mi nie podpadają pod gust )
~Bad
 

 
Boże! Jeszcze nigdy nie byłam tak szczęśliwa!
Nawet nie zgadniecie co się wydarzy 2 listopada!

Koncert.... NICKELBACK' !!!
Będą grać ich największe hity!!

Od jutra sprzedają się bilety! Będę koczować na internecie, aż ich nie kupię! Boże! Nawet nie wiecie jaka jestem szczęśliwa! Pierwszy raz zobaczę mój ukochany zespół na własne oczy... Czyż to nie cudowne? Oczywiście chciałabym mieć miejscówkę zaraz pod sceną, ale ludzie mnie tam zmiażdżą xD

*Wybiera się ktoś na koncert?? ^^*

~Bad <3
  • awatar Bad- Оροωιαdαnια <3: No to licze na to, ze ci sie uda =) tylko pospiesz sie z biletami, bo szybko schodza ;] sorki za ortografie, ale jestem na telefonie xD
  • awatar NEVER STOP DREAMING: huehuehue na 99% też idę :D rodzice się zgodzili tylko muszę jeszcze znaleźć sobie osobe, która ze mną pójdzie :D
  • awatar Madalajna: O matko ja chcę! :D gdzie?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Siedziałam i nie wiedziałam co mam powiedzieć. Zwaliło mnie z nóg. W pierwszej chwili pomyślałam sobie, że to musi być żart, ale gdy spojrzałam na twarz komendanta wiedziałam, że nie żartuje. Po minucie milczenia musiał się zorientować, że nie przekazał mi informacji dość delikatnie, bo powiedział:
-Przepraszam cię...- po czym podał mi chusteczkę. Jak zwykle się rozbeczałam. Ale czemu się temu dziwię. Znałam Steve'a od miesiąca, ale naprawdę zdążyłam go już polubić. Był moim przyjacielem, a płakanie po stracie kogoś bliskiego bardzo boli.
-Jak... Jak to się stało?- powiedziałam jednocześnie próbując się uspokoić.
-Został... Zamordowany.
Wytrzeszczyłam oczy. Jak to... zamordowany?
-Przez kogo?- spytałam czując, że zaraz wybuchnę płaczem.
-Nie wiemy. Śledztwo trwa. Jak tylko czegoś się dowiemy to...
-Pieprzona policja! Niczego nie potraficie zrobić!- nie wytrzymałam.
-Wiem, że ci jest ciężko, ale robimy wszystko co w naszej mocy
-Czyli NIC!
Denerwował mnie ten jego spokój i współczucie.
Patrzyłam na niego długie sekundy aż wreszcie kompletnie zła wybiegłam z pokoju trzaskając drzwiami. Nie jestem nawet w stanie opisać tego jak się wtedy czułam. Chciałam uciec jak najdalej i nigdy już nie wrócić. Byłam pewna, że jeśli spotkałabym jakąś znajomą twarz nie wytrzymałabym i rozryczała się. Nie wiedziałam dlaczego, ale czułam, że tak właśnie by było. No, ale to nie byłoby życie, gdybym właśnie na kogoś takiego nie wpadła. A osoba, którą staranowałam była zdecydowanie najmniej mile widzianą przeze mnie twarzą w tym dniu.
Jednak w przeciwieństwie do mnie Will się uśmiechnął. Złapał mnie za nadgarstki a ja próbowałam się mu wyrwać bez powodzenia.
-Hej, hej... Co ci jest? Nie cieszysz się na widok tak wspaniałego faceta?
-Jest tu ktoś taki? Gdzie? Chętnie go poznam!- nawet nie usiłowałam w to włożyć krzty entuzjazmu. Chodziło tu o zwykłe odszczeknięcie się.
I wtedy dopiero Will zobaczył moją zapłakaną twarz...
-Em...? Co się stało?- puścił moje ręce i położył swoje wielkie łapska na moich ramionach.
-Po pierwsze- powiedziałam dźgając go palcem w klatkę piersiową- Nie mów do mnie per "Em'. Po drugie, trzymaj swoje łapska z dala ode mnie. A po trzecie, nie twój interes!
I odeszłam, nie zważając na to co on poczuje. A zresztą... Czy ktoś taki w ogóle coś czuje...?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, że tak rzadko piszę i że to takie krótkie, ale po prostu stwierdziłam że dzisiaj coś szybko napiszę, żebyście nie musieli czekać kolejnego tygodnia. (Bo jak mówiłam mogę wchodzić tylko w czwartki). Przepraszam!! :<

To co? Powracamy do Nickelbacka w mocnym stylu??
~Bad
 

 
Wyłączyłam telefon, ponieważ ciągle wydzwaniali do mnie Will i Jake. Nie chciałam z nimi gadać. Miałam ich już dość. Jednak nie mogłam zaprzeczyć, że sama byłam sobie winna. Gdybym nie kręciła i nie kłamała wszystko potoczyłoby się inaczej i nie byłoby tego całego zamieszania. Chociaż z drugiej strony nie miałam pewności, czy Jake by nie wyjechał, gdybym nie zapewniła go o mojej miłości w stosunku do niego. Boże... Wszystko zdążyło się skomplikować w jeden miesiąc. Począwszy od spotkania Jake, poprzez dziwne Sms-y i poznanie Willa, później poprzez porwanie, następnie zamach na mojego przyjaciela i teraz skończywszy na kłamstwach... Poczułam, że zaczynam się sobą brzydzić. Zupełnie nie wiedziałam jak to wszystko mam odkręcić, żeby nie skrzywdzić i nie stracić osób, na których tak cholernie mi zależało. Tylko jak to zrobić? Byle cobym nie robiła ktoś musiał ponieść szkodę.

Na posterunek dotarłam w ciągu pół godziny. Nie wiedziałam o co chodzi, ale z tego co mówił mi policjant przez telefon i na podstawie moich przeczuć wiedziałam, że musiało stać się coś złego.
Gdy wkroczyłam na posterunek policji od razu podeszłą do mnie młoda policjantka. Miała góra dwadzieścia pięć lat i miała brązowe włosy spięte byle jak an czubku głowy w kok. Jej wyraz twarzy sprawiał, że straciłam pewność siebie. Wyglądała na osobę bardzo niemiłą, która nienawidzi swojej pracy.
Podeszłą do mnie:
-Emily Wilson? Komendant na ciebie czeka. Idź prosto, później korytarzem na lewo i drugie wejdź w drugie drzwi po prawo...- powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu, od którego się wzdrygnęłam.
Poszłam w kierunku wskazanym przez kobietę i po chwili stałam przed drzwiami, na których była tabliczka z napisem 'Komendant Rayley'. Hmm... Nigdy nie słyszałam o takim.
Zapukałam lekko. Nie usłyszałam odzewu z drugiej strony, dlatego uchyliłam drzwi. Wetknęłam głowę przez szparę i zobaczyłam mężczyznę siedzącego za biurkiem. Nogi miał oparte o blat i czytał gazetę z krzywym wyrazem twarzy. Czy na tym posterunku nie ma ani jednej miłej osoby?! Czy proszę o aż tak dużo? Nie dziwiłam się już czemu Will jest taki jaki jest. W końcu także pracował w tej placówce...
-Dzień dobry. nazywam się Emily Wilson...- powiedziałam nieśmiało...
Rayley podskoczył na krześle, gdy mnie usłyszał. Wyglądało to dość zabawnie, bo zahaczył przy okazji swoim wielkim brzuchem o kant stołu i zachwiał się na fotelu próbując utrzymać równowagę. Gdy mu się to udało spojrzał na mnie i wskazał krzesełko naprzeciwko niego. Podeszłam niepewnie i usiadłam.
-A więc... co się stało?- spytałam po chwili milczenia i wpatrywania się w wielgaśne gały policjanta.
-E... To dosyć delikatna... sprawa... Muszę ci zadać kilka pytań- powiedział silnym tonem.
-Niech pan pyta...
-Skąd znasz pana Raulta.
-Steve'a?- upewniłam się.
-Tak. W rzeczy samej- powiedział jakby to się rozumiało samo przez się.
-Cóż... Poznaliśmy się jakiś miesiąc temu. Wpadłam na niego przez przypadek. Rozmawialiśmy i się zaprzyjaźniliśmy. Później jeszcze spotkaliśmy się parę razy... To wszystko. Czy coś się stało?
Jednak on zignorował moje ostatnie pytanie i przeszedł do kolejnych pytań:
-Czy łączyła was jakaś szczególna więź?
Zaniemówiłam.
-Słucham?
-Chodzi mi o to, czy byliście razem...
-Nie...- powiedziałam bardzo szybko. Tylko Steve chciał, żeby między nami coś było. Pocałował mnie- to prawda. Ale to wszystko... Jest tylko moim przyjacielem.
-Rozumiem- powiedział komendant odnotowując sobie pewnie w myśli, że kłamię.
-Mówię prawdę...
-Oczywiście... Czy ja coś mówię?- posłał mi krzywy uśmieszek.
-Nie wierzy mi pan...- powiedziałam pewna siebie...
-Masz rację, nie wierzę... Otóż mam informacje, że nocowałaś u pana Raulta. Jak to wyjaśnisz?
-Tak, nocowałam. Jak pan już pewnie wie zostałam porwana przez niejakiego Jill'a i...
-Zaraz, zaraz... O czym ty mówisz?
-I później, gdy uwolnił mnie mój przyjaciel spotkałam Steve'a. Rzeczywiście, poszłam do niego, ale ja tylko tam nocowałam. Nie łączy mnie nic innego- z wyjątkiem przyjaźni oczywiście- z 'Panem Raultem'
-Kto to jest Jill?
-Ach... Porwał mnie z zazdrości i więził.
-Aha... A więc... Ciągle uważasz, że absolutnie nic cię z nim nie łączy?
-Tak...
-W takim razie, czemu Raultowi tak bardzo zależało przed śmiercią, aby cię poinformować o tym, że cię kocha?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
...
Okej... A więc wymyśliłam nową zasadę *Czytasz-Komentujesz*. Niezależnie czy Ci się podoba czy nie. Jeśli to przeczytałeś to to skomentuj. Będzie mi miło

<3
Wpisy niestety będą dodawane tylko w czwartek
~Bad
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
A więc zostałam nominowana do zabawy przez Madlajn (http://madzia13206.pinger.pl/)

*Pytanka*
1. Masz jakieś przezwisko/ksywkę?
-Raczej nie... Jeśli już to po nazwisku na mnie krzyczą.
2. Czym "zajmujesz" się na co dzień?
-Słucham muzyki, piszę opowiadania, czytam książki, NIE uczę się no i oglądam filmy z Meryl Streep <3
3. Twój ulubiony owoc?
-Pomelo, pomarańcze *^*
4. Jakiej marki jest twój telefon?
-Szajsung Ah... Czasem mam go chęć walnąć o ścianę ^^
5. Jakiego koloru masz oczy?
-Błękitno-Szare :>
6. Twój ulubiony kolor?
-Ogólnie zielony, a jeśli chodzi o ciuchy to czarny i biały
7. Masz lalkę kolekcjonerską?
-Nie ^^
8. Jeśli tak to jaką (a jeśli nie to pomiń to pytanie)?
----
9. Gdybyś mógł/mogła cofnąć się w czasie to co byś zmieniła w swoim życiu?
-Urodziłabym się w Ameryce ^^
10. Do której chodzisz klasy?
- 1 gim
11. Masz jakieś sekrety przed najlepszą/ym przyjaciółką/przyjacielem?
-Staram się nie mieć ^.-

And Now... Moje pytania
1. Ulubiony zespół/ gatunek muzyki?
2. Imię Twojego Najlepszego Przyjaciela?
3. Przytrafiło Ci się dzisiaj coś śmiesznego? (Jeśli tak, to co?)
4. Przedmiot szkolny, którego nienawidzisz?
5. Czego właśnie słuchasz?
6. Masz swój jakiś ulubiony film? (Jaki?)
7. Aktor/ Aktorka, którego uwielbiasz.
8. Czego najbardziej żałujesz w swoim życiu?
9. Twoje ulubione powiedzenie?
10. Jakie jest Twoje Hobby?

Nominuję do zabawy wszystkich chętnych
P.S Dzisiaj może ukaże się jeszcze 29 rozdział, ale nie obiecuję

Och... kocham tą piosenkę <3 Pierwszy raz usłyszałam ją w filmie 'To Skomplikowane', a przypomniałam sobie o niej wczoraj, gdy obejrzałam film '50 Pierwszych Randek' (Fajniutki Film a propos)
~Bad
  • awatar Madlajn ♥: Dzięki że odpowiedziałaś ;). Czekam na rozdział :3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
UWAGA! WAŻNA INFORMACJA!
Zmieniłam zakończenie 27 rozdziału Ostatni akapit
Natomiast ten rozdział był na początku opublikowany zupełnie z inną treścią. Tak więc przepraszam za utrudnienia i miłej lektury
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Otworzyłam powoli oczy. Światło słoneczne oślepiło mnie na moment, lecz po chwili zdążyłam się przyzwyczaić. Po kolei zaczynałam rozpoznawać poszczególne meble w pokoju i byłam w szoku. Gdzie ja byłam? Podczas snu zrobiono mi jakieś totalne przemeblowanie pokoju, czy jak? Mój pokój był zielono-fioletowy, a nie błękitny, jak ten tu...
I jeszcze do tego strasznie bolała mnie głowa. Co ja do cholery wczoraj robiłam?!
Leżałam na wielgaśnym łóżku ubrana w rzeczy, które nosiłam wczoraj...Mimo, że nie wiedziałam zupełnie, gdzie się znajduję, jedno było pewne. Łóżko było bardzo miękkie. Uśmiechnęłam się sama do siebie.
I nagle spostrzegłam, że nie jestem sama. Po drugiej stronie łóżka siedział Will.
Wrzasnęłam, zrzuciłam z siebie kołdrę i stanęłam na podłodze. Chłopak siedział tyłem, więc dopiero gdy krzyknęłam odwrócił się i spojrzał na mnie.
-Co ja tu robię...?- spytałam niepewnie.
-Alkohol ci uderzył do głowy. Byłaś zbyt piana, więc nocowałaś tutaj.
Podniosłam rękę do ust. Czy to możliwe, że my... Że...
-Czy my...?
-Nie, nie...- uśmiechnął się.
Spróbowałam sobie przypomnieć sobie, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru... Przyszłam do Willa, gadaliśmy, piliśmy wino... i... CAŁOWALIŚMY SIĘ?!
O Boże! Jakim cudem?!
-Will...
-Hmm?
-Całowaliśmy się...
-Aa... O to ci chodzi... No, tak... Uwierz mi! Dla mnie też to jest tragedia- posłał mi kpiarski uśmieszek.
Przymrużyłam oczy myśląc sobie, że jeszcze mu się odpłacę za te jego wszystkie sarkastyczne wypowiedzi i wredne zachowanie w stosunku do mnie... Jezu... Jak ja go nienawidzę...! Chociaż właściwie wczoraj bardzo miło się rozmawiało. Zupełnie jakbym nie rozmawiała z Will'em, którego znałam. Kiedy po raz pierwszy się spotkaliśmy był szorstki.. Musiał wykonywać wtedy swoją pracę i zachowywał się jak prawdziwy policjant. Później- w szpitalu- był już trochę mniej niemiły, a nawet (czasami) współczujący. Następnie, gdy dowiedziałam się o tym, że Jake jest ranny, załatwił mi dostęp do niego. Właściwie to... Willa dało się lubić, kiedy porzucał swój zwykły styl bycia. Fakt faktem, zdarzało się stosunkowo rzadko (prawie wcale), ale musiałam przyznać, że lubiłam Willa. Może nawet bardzo... Właściwie nie pamiętałam zbytnio jak doszło wczoraj do naszego pocałunku. Przypominałam sobie tylko tą niesamowitą rozkosz i poczucie, że jestem bezpieczna. Pamiętałam namiętność tego chłopaka, do którego zawód policjanta nie pasował zupełnie. Wczoraj mi było dobrze. Mogłam się mu wyżalić i opowiedzieć o tym co mnie dręczy, a on nie odpowiadał mi sarkastycznie, tylko naprawdę usiłował mi pomóc.
Spojrzałam na niego. Wpatrując się w jego oczy widziałam dobrego Willa, lecz gdy spojrzałam na jego krzywy uśmieszek był to już Will, którego nie lubiłam- zły Will.
-Czemu mi się tak przyglądasz?- spytał naturalnym tonem, lekko nasączonym ciekawością, a trochę rozbawieniem.
Czemu Will nie mógł być miły cały czas? Wtedy spędzanie z nim czasu było by w zupełności czymś przyjemnym. A tak- gdy staje się niemiłym 'Panem Komendantem' mam chęć krzyczeć i płakać. Lubiłam tego chłopaka, może nawet zbyt bardzo...
Oczy mi zwilgotniały, gdy sobie uświadomiłam coś szokującego.
-Emily, co ci jest?- uśmieszek zniknął, a jego miejsce zastąpiła troska. W jednej chwili znalazł się przy mnie i spoglądając w oczy próbował ustalić co się stało. Odwróciłam głowę, gdyż obawiałam się, że rozszyfruje co zaprząta moje myśli.
-Wybacz mi, ale... muszę iść.
Odwróciłam się i zamierzałam odejść, lecz Will złapał mnie za nadgarstek.
-Puść...- wyszeptałam.
Chłopak poluzował chwyt, a ja wyszarpnęłam rękę. Wzięłam torbę z przedpokoju i już mnie nie było.

Gdy tylko znalazłam się na klatce schodowej wyciągnęłam komórkę. Dwadzieścia siedem nieodebranych połączeń od rodziców... No pięknie. Postanowiłam im napisać SMS-a. Nie byłam zdolna do rozmowy przez telefon. Czułam, że rozryczałabym się jak nic. Napisałam im, że źle się czułam i zanocowałam u koleżanki, i że będę późno.
Już miałam schować komórkę do kieszeni, kiedy aparat zadzwonił. Podniosłam telefon do ucha i rzuciłam:
-Halo?
-Emily Wilson?- powiedział ktoś nieprzyjemnym tonem.
-Tak... W czym mogę pomóc- powiedziałam, niezbyt pewna, czego mam się spodziewać.
-Musimy porozmawiać. Sytuacja jest bardzo poważna... Chodzi o niejakiego Steve'a Raulta...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
...Nie podoba mi się...

Dziękuję tak a propos za ponad 1000 WEJŚĆ ) Buziaki !

Boże! Ta piosenka jest Boskaaa! <3
~Bad
 

 
Następnego dnia powiedziałem Isabelli, że muszę wcześniej wrócić do domu. Była smutna, toteż pocieszyłem ją, że wrócę najszybciej jak się da. Pożegnaliśmy się i skierowałem się w stronę wyjścia z lasu. Lecz gdy tylko drzewa mnie całkowicie przysłoniły i Isabella nie mogła mnie już zobaczyć, skręciłem szybko w bok i ruszyłem biegiem przed siebie. Na dobrą sprawę nie wiedziałem zupełnie gdzie mam iść. Jedno było pewne. Musiałem wydostać się z lasu. Dopiero później należało się martwić, co dalej. Szedłem więc raźnym krokiem co chwila potykając się o wystające gałęzie i konary drzew. Właściwie to mogłam się spytać chochlików o drogę do zamku, ale nie miałem pewności, że nie wyjawią one swojej pani mych zamiarów. Wolałem nie ryzykować.
Nawet się nie spostrzegłem, gdy las zaczął się przerzedzać. W końcu minąłem ostatnią linię drzew i znalazłem się na dużej polanie. W oddali zobaczyłem wielki zamek. Tak to on... Czy mi się wydawało, czy nad tą posępną budowlą naprawdę unosiły się granatowe chmury...?
'Will, to już paranoja!'- skarciłem się w myślach.
Ruszyłem przed siebie. Nie uszedłem jednak parunastu kroków, gdy poczułem zimny powiew na plecach, a po chwili zmaterializował się przede mną duch. Gdy go zobaczyłem odskoczyłem w tył mocno przestraszony.
-Kim jesteś?- wyjąkałem.
Zignorował moje pytanie i powiedział:
-Cofnij się póki możesz! Przysiągłeś, więc dotrzymaj obietnicy! Isabella, którą tak bardzo kochasz uknuła intrygę. Zwabiła cię swym urokiem i wdziękiem. Od początku wiedziała, że jesteś łatwym celem. Dlatego właśnie chce cię wykorzystać. Zaufaj mi i wróć do swego świata. Nigdy tu już nie wracaj!
Czułem taki respekt przed zjawą, że nie byłem w stanie jej przerwać. Dopiero gdy skończyła mówić i czekała na moją reakcję, przemówiłem:
-Nie znasz jej... Ona mnie kocha! Powiedziała mi to!
-A czymże są słowa? To tylko puste, nic nie znaczące dźwięki!
Zaniemówiłem. Musiała minąć dobra chwila zanim zdołałem odpowiedzieć:
-Zrobię dla niej wszystko, żebyśmy mogli być razem! Zginę nawet! Tylko po to, żeby Isabella mogła być wolna!
-Ona cię oszukuje! Od dawna czekała na ciebie! Twa miłość wie, że złamiesz przysięgę, jeśli w tym momencie nie zawrócisz i tylko na to czeka! Więcej powtarzać nie będę!
I zniknął...
Nie przeląkłem się słowami zjawy i ruszyłem przed siebie. Im bliżej byłem, tym strach bardziej mnie paraliżował. Pewność siebie znikła natychmiastowo. Ale musiałem to zrobić. Dla Isabelli...
Gdy dotarłem do bramy zamku, ta otworzyła się. W środku było bardzo ponuro. Dostrzegłem też srebrny pył z lasu. Proszek w powietrzu oświetlał wszystko dookoła błyszczącą łuną.
Dotknąłem kieszeni. Nóż był na miejscu. Właściwie to nie mogłem się spodziewać z kim mi będzie dane stoczyć walkę. Najprawdopodobniej nóż na niewiele się zda, ale lepsze to niż przyjść na walkę z pustymi rękami...
Zauważyłem chochlika. Patrzył na mnie złowrogo, jakbym zrobił coś nie tak...
Ruszyłem przed siebie i poszedłem wzdłuż korytarza. Było tu bardzo jasno jak na takie ogromne zamczysko. Zobaczyłem przed sobą jasną plamę. Zapewne jest to jakieś pomieszczenie. Ruszyłem w tamtym kierunku (innego wyboru zresztą nie było) i po chwili stałem już w progu malutkiej klitki. Po prawo stałą jakaś stara komoda, a na lewo widać było staromodne łoże. I stół nic innego.
Serce łomotało mi w piersi niczym uderzenia kolibra...
Wtem drzwi się zatrzasnęły.
-Uprzedzałam cię- nie przychodź do zamku!- usłyszałem złowrogi głos za sobą.
-Kiedy się odwróciłem moim oczom ukazała się Isabella. Była potwornie zła. Otaczały ją chochliki.
-Przepraszam... Chciałem cię uratować... Ja...
-Myślisz, że jedno przepraszam wszystko załatwi?!- przerwała mi- Złamałeś przysięgę i spotka cię za to kara!- zaśmiała się okrutnie i zaczęła się przeobrażać. Najpierw wydłużyły się jej ręce, potem nogi. Wyrosły z nich ogromne szpony. Twarz powiększyła się. Błękitne oczy stały się czarne, a równiutkie zęby zastąpiły ogromne kły. Także chochliki zaczęły się zmieniać. Po chwili stało przede mną ogromne monstrum w otoczeniu ludzi z zamazanymi twarzami i pożółkłą skórą. Nie widać im było ani oczu, ani ust, ani nosów. Wszystko spowijała gęsta mgła.
Byłem przerażony. W najgorszych koszmarach nie śniłem o czymś takim!
-Spotka cię kara! Spotka cię kara!- skrzeczały przeobrażone chochliki.
-Ja chciałem dobrze! Nie zabijaj mnie!- krzyknąłem.
-Ha ha ha! Ale wy- ludzie- jesteście naiwni! I co? Myślałeś, że się w tobie zakochałam? Ha ha ha! Jesteś głupi! Miłość nie istnieje. Ludzie czują się samotni i po prostu wmawiają sobie miłość do drugiego człowieka, żeby poczuć się lepiej! Jesteście beznadziejni! A zresztą... Dopiero co powiedziałeś zjawie, że jesteś gotów zginąć tylko po to, abym była wolna... Więc... GIŃ!- krzyknęła.
-Giń! Giń! Giń!
W głowie mi huczało. Upadłem na kolana i zakryłem sobie uszy rękoma.
Isabella przyskoczyła do mnie i jednym zgrabnym ruchem odepchnęła w tył po czym sięgnęła swymi szponami w stronę mojej klatki piersiowej. Zagłębiła rękę w moje ciało. Bolało niemiłosiernie. Ona jednak cofnęła rękę...
W szponach trzymała serce...
Moje serce...

* * *
Teraz jak na to patrzę to widzę, że Isabelle chciała mnie tylko i wyłącznie wykorzystać. Zjawa, która wcześniej mnie przed nią przestrzegała, opowiedziała mi jak działa ten świat. Isabella była uwięziona w lesie. Nie mogła wyjść poza jego granicę. W tym punkcie nie kłamała. Nie istniał jednak żaden Czarny Pan. Zjawa wytłumaczyła mi, że nie wie dokładnie jak Isabella została panią Czarodziejskiego Lasu, ale wiedziała, że dziewczyna tkwiła tu ponad dwieście lat... Od dawna czekała na kogoś, kto ją uwolni. Upatrzyła sobie na ofiarę właśnie mnie...
Otóż... Sekret Czarodziejskiego Lasu jest taki..
Aby się z niego uwolnić trzeba kogoś zabić. W ten sposób ofiara zamienia się miejscem z Panem tej krainy. I od tej pory to ona jest tu uwięziona i jest skazana na czekanie na kolejną głupią osobę, która wkroczy do lasu. Jeśli natomiast chodzi o osobę wyzwoloną (taką jak Isabella) - umiera ona... Wierzcie mi... Umrzeć jest lepiej, niż tkwić bezczynnie uwięzionym w Lesie...
Do tej pory nie mogę zrozumieć jednej rzeczy. Przecież Isabella mogła mnie zabić od razu. Wtedy, jak tylko przekroczyłem granicę jej Krainy. Więc czemu tego nie zrobiła? Czyżby naprawdę byłą aż taką złą osobą, że chciała poigrać sobie z moimi uczuciami?
Jedno było pewne. Byłem więźniem tego Lasu. Musiałem odpokutować za swoje winy... Skazany byłem na czekanie na kolejnego głupca, który tu przyjdzie. Isabella czekała aż dwieście lat! Mogłem tu tak tkwić w nieskończoność!
Przez kolejne lata nie mogłem wymazać sobie wspomnień związanych z Isabellą. Starałem się o niej nie myśleć, lecz jej zdrada na zawsze zaryła się w mojej pamięci...
Najgorsze jest jednak to, że nie przestałem jej kochać. Zraniła mnie, oszukała, zawiodła moje zaufanie, a jednak nadal była miłością mego życia...
Miłość jest bardzo podstępne... Nie zawsze należy jej ufać...

* * *
-Jestem Will- Pan tej krainy, a ty?
-Mary- powiedziała zdezorientowana dziewczyna.
-Miło mi cię poznać Mary! Witaj w Czarodziejskim Lesie!- powiedziałem uśmiechając się czarująco...
Nadarzyła się okazja... Musiałem ją wykorzystać...

* * * * The End * * * *

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Najbardziej podoba mi się zakończenie...
Pani przeczytała niecałą 1/3 opowiadania (więcej nie zdążyła) i wstawiła mi 6 xD
Spodobało jej się...
I jeszcze wyskoczyła z tym 'Nie zmarnuj swego talentu!'
Haha
A Wam jak się podoba?
Po poprzednim postem zamieściłam pytanko...Dziękuję Ci Thierry za sugestię !
Stwierdziłam, że faktycznie będzie to się opierać na Mamma Mii, lecz przede wszystkim na relacjach miedzy Donną a Samem Bo tak naprawdę to ten wątek jest fajny Więc spróbuję! Może się uda xD

Boże! Zakochałam się w tej piosence!!!
~Bad
  • awatar Gość: PErPzx http://www.MHyzKpN7h4ERauvS72jUbdI0HeKxuZom.com
  • awatar Gość: PErPzx http://www.MHyzKpN7h4ERauvS72jUbdI0HeKxuZom.com
  • awatar Gość: PErPzx http://www.MHyzKpN7h4ERauvS72jUbdI0HeKxuZom.com
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej Znalazłam te kartki, wiec zamieszczam kolejną część opowiadania! Na początku jednak podziękować za miłe komentarze pod poprzednim wpisem. Dziękuję! ;*
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zamrugałem kilkakrotnie, aby upewnić się, że to nie sen, lecz rzeczywistość. To niemożliwe! Takie rzeczy nie istnieją! Pewnie zastanawiacie się co zobaczyłem. To naprawdę jest trudne do opisania. Ciągle pamiętam widok tamtego miejsca. Nawiedza mnie ono podczas najgorszych koszmarów. Wokół drzew panowała tajemnicza aura. Wszędzie unosiła się zielono-żółta mgła. Gdzieniegdzie widać było pył unoszący się w powietrzu. Lecz nie tajemniczość lasu zwróciła moją uwagę. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to malutkie stworzonka krążące wokół pni drzew. Były to malutkie chochliki. Były wielkości ludzkiej ręki; nie większe. Z ich delikatnych pleców wyrastały okazałej wielkości skrzydła. Błyszczały one na niebiesko. Chochliki te ubrane były w równie małe zielone sukienki. Te niesamowite istoty można było porównać do elfów, ponieważ były nieziemsko piękne i miały szpiczaste uszy. Stworzonka zajadały się jagodami, które zrywały z krzaków. Bardzo zabawnie to wyglądało, ponieważ musiały się naprawdę wysilić, aby zdobyć owoc. Były w końcu malusieńkie, a jeden taki owoc był większy niż ich delikatne dłonie.
Patrzyłem na nie i nie mogłem się nadziwić, jakie są piękne. Ruszyłem przed siebie. Wpatrywałem się wokół podziwiając tajemniczość i niesamowitość tego miejsca. Przecież to niemożliwe! Chochliki nie istnieją! Potknąłem się. Aby nie upaść na ziemię złapałem ręką gałąź pobliskiego drzewa. Spojrzałem na swoją dłoń, po czym oderwałem ją od konaru. W miejscu, gdzie przed chwilą spoczywała moja ręka widniał srebrny ślad, który po chwili zaczął zanikać. Musnąłem ciałem inną część drzewa, a po paru sekundach i tam pojawiła się srebrna wstęga. Po chwili jednak nie było już po niej śladu. Otworzyłem szerzej usta, co wydawało się niemożliwe, a jednak...
-Nie otwieraj tak szeroko buzi, bo ci chochliki powlatują. One naprawdę lubią psocić- usłyszałem perlisty śmiech za sobą. Odwróciłem się powoli, nie wiedząc czego mam się spodziewać.
Spojrzałem na nią. Jeszcze nigdy nie widziałem tak pięknej istoty. Przy niej chochliki wydawały się brzydkie.
Niewiasta ubrana była w długą do ziemi białą sukienkę. Miała błękitne, duże oczy, a blond włosy opadały na jej pierś. Miała wielkie, czerwone usta, które kontrastowały z jej śnieżną cerą.
-Czemu mi się tak przyglądasz? Elfa nie widziałeś?- skwitowała wybuchem śmiechu. Miała taki delikatny głos.
-Jestem Isabella, a ty?- spytała dziewczyna wyciągając w moim kierunku rękę.
-Will- odzyskałem głos.
-Miło mi cię poznać, Will!- uśmiechnęła się, co wywołało u mnie rumieniec- Co robisz w moim lesie?
-Właściwie to sam nie wiem- odparłem zgodnie z prawdą- Szukałem mojego kapelusza i nagle znalazłem się tutaj... Nie mogę uwierzyć w to, co widzę. To taki niesamowity widok!
-A co tu takiego niezwykłego? Chochliki i elfy? Na zachodzie są też drzewce i smoki...
-Drzewce?- spytałem niepewnie.
-Tak!... Och! Masz taką minę, jakbyś słyszał o nich po raz pierwszy!
Opowiedziałem Isabelli o tym, że nie należę do jej fantastycznego świata. Nic nie wiedziała o planecie Ziemia. Wieść o tym, że istnieje jakiś inny świat oprócz jej lasu, zszokowała ją nie na żarty. Rozmawialiśmy w nieskończoność. W końcu jednak spostrzegłem, że na niebie widnieje księżyc. Nawet nie zauważyłem, kiedy słońce zdążyło zajść. Przy Isabelli czas zdawał się zatrzymywać w miejscu.
-Muszę iść- powiedziałem napełnionym smutkiem głosem- Miło mi się z tobą rozmawiało.
Uśmiechnęła się.
-Przyjdź jutro, dobrze?
Obiecałem więc, że zjawię się następnego dni po południu i ruszyłem w drogę powrotną; do domu. O mojej czapce zapomniałem zupełnie. Liczyła się tylko ona- Isabella.
* * *
Przez następne pięć dni codziennie chodziłem do lasu. Coraz bardziej się od niej uzależniałem. Nie wyobrażałem sobie już życia bez niej. Dnia trzeciego wyznałem jej miłość. Ucieszyła się, bo- jak powiedziała- od razu jej się spodobałem.
-Właściwie, to ja nic o tobie nie wiem- powiedziałem pewnego razu- Skąd tu przybyłaś?
-Nie pamiętam- posmutniała- Wiem tyle, że nie mogę się ruszyć ani na krok za las. Jestem tu uwięziona. Na zawsze. Będę tu tkwiła wieczność. Elfy są nieśmiertelne...
-Ale jak to? Dlaczego?
-Chochliki mi powiedziały, ze to zasługa Czarnego Pana, zamieszkującego zamek za lasem. Nie opuszczę tego lasu, dopóki on żyje.
Nie mieściło mi się to w głowie. Nie mogłem wyobrazić sobie tego, że ktoś tak piękny i cudowny jak ona, może aż tak bardzo cierpieć.
-Zabiję go- powiedziałem pewny siebie.
-Nie! Nie pozwolę ci na to! Nigdy! Obiecaj mi! Słyszysz? Obiecaj, że nigdy nie pójdziesz do zamku i nigdy go nie zabijesz!
-Ale czemu- spytałem zaskoczony jej stanowczością.
-Po prostu tego nie rób. Obiecujesz?
-Jasne. Dla ciebie wszystko.
-Ale pamiętaj! Jeśli złamiesz przysięgę, źle się to dla ciebie skończy. Więc uważaj!- powiedziała groźnym tonem, od którego aż się wzdrygnąłem. Lecz w następnej chwili pomyślałem sobie, że przecież taka delikatna dziewczyna nie jest mi w stanie nic zrobić. Przecież musiałem ją uratować! Nie mogłem patrzeć jak miłość mego życia cierpi! Ona nawet przecież nie musiała się dowiedzieć, że tam poszedłem.
Wtedy jednak nie przypuszczałem, że decyzja o wyprawie do zamku diametralnie zmieni moje życie...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Okej, dzisiaj wieczorkiem postaram się zamieścić ostatnią część A później powrót do głównego opowiadanka

Coś w innym stylu, czyli piosenka Abby w wykonaniu Meryl Streep & Pierce'a Brosnana
*Oglądał ktoś film 'Mamma Mia!'? Sobie tak myślę, czy by nie napisać na podstawie tego filmu książkę, jak już skończę to opowiadanie Historia filmu naprawdę mi się spodobała ;D Co myślicie o tym pomyśle? Czekam na sugestie!*

~Bad
 

 
Tak, tak... Jestem już z Wami równiutkie 100 dni... Ah... Jak ten czas szybko zleciał!
Chciałabym podziękować wszystkim czytelnikom moich opowiadań. Cieszę się, że ktoś to czyta Dzięki Wam czuję się choć trochę spełniona. Więc... Wielkie DZIĘKI dla Was. Jesteście Niesamowici!

P.S. Zgubiłam gdzieś kartkę z moim One-Schot'em Dzisiaj robię gruntowne porządki i mam nadzieję, że ją znajdę. Bądźcie cierpliwi!

A na deser moje najnowsze prace

Czacha z Wami!
Mój pierwszy obraz na płótnie
Nigdy nie zapomnę pytania koleżanki...
" Ciekawi mnie jeszcze jedna rzecz Martyna... Czemu ta biel jest u Ciebie żółta? " xD

*Podoba się?*
~Bad
  • awatar Just forget it: Śliczne rysunki, aż mi się głupio zrobiło bo ja tylko bazgroły umiem ;p
  • awatar mysteryy: czesc moja imienniczko, ładnie rysujesz:D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Na samym początku chcę Was poinformować, że opowiadanie romantyczne (jak się dowiedziałam) jest to opowiadanie z elementami fantastycznymi, w której występują prości ludzie i motywem przewodnim jest zbrodnia i kara A więc oto moje opowiadanko na polski Taki tam przerywnik powieści
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zastanawialiście się kiedyś jak bardzo może wpłynąć na życie człowieka jeden źle popełniony krok? W pierwszej chwili mamy wszystko, a w następnej już nic. Ludzkie życie nasączone jest zdradami, podstępami i okrucieństwem. Oczywiście istnieje miłość. Lecz w zderzeniu z tymi cechami nie ma ona szans na przetrwanie- w końcu wygasa. Podstęp... Tak to dobre słowo. Coś takiego i mnie spotkało. Lecz kto by się spodziewał, że miłość mego życia tak bardzo mnie oszuka i zawiedzie? Nazywam się Will Johnson i opowiem Wam wstrząsającą historię...
* * *
Pięć lat temu miałem szesnaście lat i żyłem w małym miasteczku, które zwało się Summit. Trwało właśnie słoneczne lato. Szkoła była zamknięta a ja z kolegami nie mieliśmy nic do roboty. Przebywaliśmy więc głownie na dworze grając w dziecinne zabawy. Było przecież zbyt gorąco, aby usiedzieć w domu. Od czasu do czasu chodziliśmy także nad pobliskie jeziorko. Woda była tam całkiem przyjemna o tej porze roku.
Pewnego razu moi koledzy- Steve i Jake musieli jednak opuścić miasto. Byli braćmi i razem z swą matką wyjechali do ciotki na tydzień. Innych znajomych nie miałem, więc byłem skazany na samotne szwędanie się. Postanowiłem pójść nad jezioro. Spakowałem więc kanapkę i ręcznik do małego plecaka i poszedłem. Nie spodziewałem się jednak ani trochę tego, że ten dzień zmieni moje życie, a do mojego umysłu i mych marzeń wkroczy raźnym krokiem Isabella.
* * *
Gdy dotarłem na miejsce rozłożyłem ręcznik nad brzegiem jeziora, usiadłem na nim i zacząłem się rozglądać. Wokół panowała wszechogarniająca cisza, przerywana od czasu do czasu kumkaniem młodych żab i ćwierkaniem ptaków. Gdzieniegdzie widać było motyle, które ochoczo ścigały się wzajemnie. Lubiłem bardzo taką atmosferę. Można się było wyciszyć w zupełności.
W tej samej chwili wiatr porwał mi kapelusz z głowy. Chciałem go schwytać, lecz on musnął delikatnie moje palce i pognał naprzód. Skąd się wziął u licha ten ogromny wiatr? Poderwałem się szybko z ziemi i ruszyłem biegiem w ślad za moją garderobą. Czapka jednak znikła mi już z oczu chowając się wśród drzew lasu naprzeciwko.
'Oj! Nie podoba mi się to! Oj nie!'- pomyślałem.
Doskonale przecież pamiętałem legendę odnośnie tego lasu. Nigdy się tam nie zapuszczałem. Istniał przesąd, że w głębi tego oto lasu zginęło wiele osób wieszając się na gałęziach drzew. Nie bez powodu to miejsce nosiło nazwę 'Las Samobójców'. Nigdy nie wierzyłem w zabobony, lecz ten przesąd budził we mnie respekt. Bałem się więc tam zapuszczać. Ale z drugiej strony nie byłem bogaty. Ledwie starczało nam na życie codzienne, a mama nie ucieszyłaby się, gdyby dowiedziała się, że zgubiłem czapkę, która jednak trochę kosztowała. Ten argument przekonał mnie więc do wstąpienia wgłąb lasu. Zbliżałem się do niego powolnym krokiem. Serce biło mi jak oszalałe. Zdawało się, że chce uciec na wolność. A ja brnąłem dalej- krok za krokiem. Im bliżej byłem, tym wiatr był silniejszy. To zły omen. Powinienem już wtedy zawrócić. Jednak tego nie zrobiłem. W końcu- po parunastu sekundach, które według mnie trwały wiecznie- dotarłem do ścieżki prowadzącej wgłąb nieznanego mi miejsca. Wiatr tutaj był nieokiełznany. Szalał niczym szakal. Wiał mi prosto w twarz. Mimowolnie zamknąłem oczy i podniosłem ręce do góry w obrończym geście, lecz to nic nie dało. Szedłem dalej wolno. Już tylko parę kroków.
Jeden- Mróz niesiony przez wiatr był nie do zniesienia.
Drugi- W uszach świszczało mi i dudniło. Nie było słychać żadnego innego odgłosu natury.
Trzeci- Zacząłem krzyczeć.
I nagle wszystko ucichło. Przez pierwsze chwile nadal krzyczałem, ale w końcu zamilkłem. Otworzyłem powoli oczy. To co zobaczyłem nie mieściło mi się w głowie...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Mam już resztę napisaną, ale nie dodam wszystkiego na raz Spodziewajcie się kolejnej części wkrótce. Papa!

~Bad
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Nie pamiętam nawet kiedy się zdążyłam upić. To było do mnie niepodobne. Zawsze uważałam, że alkohol to zło. Nigdy nie lubiłam napojów procentowych, a jedyne co piłam z tego gatunku to szampan na urodziny. Jak więc to się stało, że siedziałam w najlepsze na kanapie z Willem u boku i popijałam wino?! Jednak nie uważałam tego wtedy za coś złego. Chciałam uciec od problemów. Chciałam przestać się zadręczać. I w końcu chciałam o wszystkim zapomnieć- powiedzieć sobie: niczego złego nie zrobiłaś. Jutro do niego pójdziesz i wszystko będzie w porządku. Ale teraz już nic nie mogło być w porządku wiedziałam o tym. Postąpiłam źle, okłamałam mojego przyjaciela i teraz musiałam za to odpowiedzieć...
-A najgorsze jest to, że ja go wcale nie kocham, Will! Rozumiesz?- krzyczałam płacząc i jednocześnie się śmiejąc.
Siedzieliśmy razem na kanapie a on mnie przytulał do siebie.
-Powiem ci, że nieźle się... wko... wko...
-Wkopałaś?- podpowiedział.
-Tak, właśnie. Wkopałam się- powiedziałam uśmiechając się.
Śmianie się z własnych kłopotów było czymś w rodzaju wyjścia ewakuacyjnego. Będąc przy Willu czułam się wtedy wolna od problemów. Czułam się bezpieczna. Wtedy mój umysł był zaćmiony i nie byłam w stanie racjonalnie powiedzieć sobie: Co ty wyprawiasz Emily? Nie powinnaś tego robić.
-A ty? Czemu 'Pan Komendant' siedzi tu w towarzystwie... małolaty... i upija się?
Spoważniał.
-Wiesz co?- powiedział poruszając gwałtownie ręką z kieliszkiem, z którego wylało się trochę płynu. Nie zwrócił na to jednak uwagi i kontynuował- Jesteś bardzo niemiła... Emily...- powiedział już nieco poważniejszym tonem- Czy tak trudno zwracać się do mnie po imieniu? Ja do ciebie tak mówię i... jest dobrze.
Widać było, że mu alkohol nie zaćmił mózgu tak jak mnie. Nadal myślał racjonalnie, do czego ja nie byłam zdolna w zupełności.
-Ty uważasz mnie za małolatę, która nie wie nic o życiu...
-Może na początku miałem takie zdanie o tobie, ale przekonałem się, że nie jesteś... taka. Rozumiesz?
-Nie...- po czym wybuchnęłam śmiechem- Chodzi ci o to, że jestem wyro... wyrach...
-Wyrachowana? Nie... Nie uważam tak. Kiedy tydzień temu pojechałaś po tego chłopaka na lotnisko...
-Nie chcę o tym gadać- przerwałam mu pewnym tonem, jednak on nie posłuchał.
-Kiedy tam pobiegłaś ujrzałem zupełnie inną Emily. Emily, która jest zdolna do... poświęceń. Szkoda tylko, że go okłamałaś zakończy temat.
Nic nie rozumiałam z jego słów. Byłam zbyt piana.
-Mhm...- powiedziałam tylko, żeby wiedział, że go jednak słucham- No... To mów co tobie się przydarzyło... Dziewczyna cię rzuciła?
-Nie...
-Skasowali ci auto?
-Zgaduj dalej...
-Twoja dziewczyna zaszła w ciążę, a ty biedny nie chcesz tego dziecka- moja fantazja wzięła nade mną górę- I teraz ona czuje się porzucona i wniosła pozew do sądu o alimenty, a ty...
-Emily!- przerwał mi- Ja też mam uczucia. Nie jestem tyranem! I nie! Nie o to chodzi...
-Sorry... Po prostu jestem zbyt piana. Przepraszam...- powiedziałam uśmiechając się, co było nie na miejscu.
Will tylko potrząsnął głową z irytacją i powiedział:
-Wylali mnie z pracy...
-Nie rozumiem. Jak to... Cię wylali? Nabijasz się ze mnie?
-Zostałem zwolniony, bo... jak to oni powiedzieli? A! 'Przykro mi panie Smith, ale jesteśmy zmuszeni... Bla, bla, bla'
-Ale dlaczego?
-Nie wiem. Powiedzieli tylko, że niby jestem o coś podejrzany. Nie wytrzymałem i wybiegłem. Nie pytałem się nawet o co chodzi. Słyszałem jak jeszcze ktoś krzyknął, żebym nie opuszczał kraju i takie tam.
-Kurcze.. To musi być jakieś nieporozumienie- Zadziwiło mnie moje logiczne myślenie w tamtej sytuacji- Słuchaj ja jestem z tobą. Nieważne co się stanie. Ja... Ja cię bardzo lubię Will. Wiem... Jeszcze dwa dni temu przez gardło by mi to nie przeszło, ale poznałam cię dzisiaj lepiej. Nie wierzę, że byłbyś do czegoś takiego zdolny... Możesz na mnie liczyć.
-Jej... Emily... Dziękuję. To miłe- uśmiechnął się nieśmiało...
-Nie ma sprawy. Ty też mnie wspierasz w tej sprawie z Jake'em. jestem ci bardzo wdzięczna.
-Powinnaś z nim pogadać. Naprawdę... On... Każdy zasługuje na szczerość. Zranisz go, ale jeszcze bardziej poczuje się okropnie jak dowie się o tym na miesiąc przed waszym ślubem albo co gorsza w noc poślubną!- próbował sprowadzić wszystko do żartu.
Uśmiechnęłam się kącikiem ust.
-Dzięki, Will. Jakoś sobie poradzimy. Musimy dać radę- mówiąc to położyłam swoją dłoń na jego szyi.
Spoważniał i spojrzał mi w oczy.
Nie... Tylko nie to!
Ale już było za późno. Zbliżył się do mnie gwałtownie i zaczął całować. W pierwszej chwili chciałam się wyrwać i na niego nakrzyczeć, ale to, że byłam piana spowodowało, że nie mogłam myśleć racjonalnie. Poddałam się ruchom jego warg i po chwili także mi to się spodobało. Zaczęłam całować go namiętnie. Ręce Willa przesuwały się wzdłuż mojego ciała- od szyi do bioder. Naparł na mnie ciężarem swojego ciała. Gdy nasze wargi się złączyły, żadna siła nie mogła już ich rozdzielić...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No, no! :> Kto by się spodziewał... :>

Boska ta piosenka!
~Bad
  • awatar Gość: no, no martynko. przeczytalam wreszcie i powiem ci ze jestem z ciebie dumna :D naprawde..tylko mam dwie uwagi : 1. rozdzial byl zdecydoanie za krotki,bo ja jak zaczne juz czytac twoje opowiadanie nie moge przestac i 2. smuci mnie fakt, ze nastepne pewnie dodasz znow za jakies dwa tygonie jak nie dluzej.. :D no ale.. twoja wierna czytelniczka Pati :)
  • awatar Madlajn ♥: Wow, ja bym się nigdy nie spodziewała tego po Emily :D.
  • awatar Nereitte: Wow, niezłe ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Weszłam wczoraj i ujrzałam coś takiego :
Pomyślałam sobie, że 7 jest liczbą szczęśliwą i wpis ten musi mi się udać
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Sama nie wiem, czemu mu to powiedziałam. Pewnie chciałam go powstrzymać od wyjazdu. Jezu, jaka ja byłam głupia! Sama siebie okłamywałam. Nigdy nie uważałam Jake za nic więcej niż przyjaciela, więc co mnie omotało, żeby wyznać mu miłość?! Najgorsze jednak jest to, że on myśli, że to prawda. Myśli, że go kocham i że będziemy razem po wszech czasy. Ale ja nie mogę tak żyć. On jest moim przyjacielem. Nigdy nie zacznę go traktować jak mojego chłopaka. Przesadziłam. Posunęłam się do kłamstwa i powiedziałam zbyt wiele. Tylko czy ja na pewno zrobiłam to, bo się bałam, że wyjedzie i nigdy już go nie zobaczę? Może... Może się bałam, że chciał wyjechać przeze mnie? Ale jaki by to miało sens? Nie wiem. Ale jedno jest pewne: Muszę to jakoś odkręcić... Tak, żeby nie zranić Jake'a...

*7 dni później...*
-To jak? Mogę po ciebie wpaść wieczorem? Poszlibyśmy do kina na ten film, który chciałaś zobaczyć...- powiedział Jake rozmawiając ze mną przez telefon.
-Wiesz co... Dzisiaj nie mogę. Muszę się uczyć do sprawdzianu z fizyki. Wiesz... Fizyka i ja to dwie różne rzeczy. A muszę się przyłożyć, żeby dostać tróję na semestr...- to prawda. Semestr się kończył, a z ocenami u mnie nie najlepiej z paru przedmiotów...
-Nie ma sprawy. Pomogę ci! Już się uczyłem.
-Jake. Nie musisz. Nie skoncentruję się, kiedy będziesz w pobliżu...
Chciałam, żeby to zabrzmiało tak jakbym się krępowała... Jednak on zrozumiał to inaczej i tylko się zaśmiał. Życzył mi udanej nauki i się rozłączył.
Kolejne kłamstwo- pomyślałam. Nie miałam zamiaru się uczyć. Po prostu... Jake chciał się ze mną spotykać codziennie. A to do kina, do jakiejś knajpy, na imprezę, albo chciał przyjść do mnie. Miałam tego dojść. Najbardziej krępowałam się podczas pocałunków. Starałam się ich unikać, ale takich momentów uniknąć się najzwyczajniej w świecie nie dało... Oczywiście, lubiłam Jake'a ale to wszystko. Nie mogłam pozwolić, żeby w moim świecie istniał tylko i wyłącznie on! A on za wszelką cenę chciał właśnie, żeby tak było... Ile to jeszcze miało trwać? Zupełnie nie wiedziałam jak poruszyć z nim ten ważny dla mnie temat. Mogłam co prawda sprowadzić wszystko do jakiejś wielkiej kłótni, w której byśmy się rozstali, ale po pierwsze ie byłam manipulantką a po drugie on zasługiwał na szczerość. Nie mogłam go okłamywać w nieskończoność. Kłamstwa zawsze wychodzą na jaw...
* * *
Tak... A więc musiałam sobie znaleźć jakieś zajęcie... Cały dzień musiałam spędzić w domu, aby nie prowokować losu i przez przypadek nie natrafić na Jake'a. Jezu... Do czego to doszło?! Unikałam własnego przyjaciela za wszelką cenę!
Do godziny robiłam wszystko, aby tylko zająć czymś ręce... Prałam, gotowałam,piekłam ciasto, a później rzeczywiście się trochę pouczyłam. Czytałam też książki, zajrzałam na komputer, posłuchałam muzyki. Ale co dalej? Zrobiłam wszystko co było możliwe w domu... Nie chciałam prowokować losu, ale co innego miałam robić? Była sobota... Musiałam wyjść z domu, bo inaczej bym zwariowała. Jake mieszka parę przecznic stąd, więc zawsze istniało ryzyko...
Ubrałam się i zeszłam na dół...
-Idę się przejść!- krzyknęłam z przedpokoju do mamy- Wrócę niedługo!
I wyszłam zakładając płaszcz. Szłam przed siebie oglądając się co chwila nerwowo za siebie, aby się upewnić, że nie idzie za mną Jake. Boże, jaka ja jestem głupia, żeby się zniżać do tego poziomu! Przecież zawsze mogłam powiedzieć, że idę do sklepu. Ale nie chciałam go okłamywać. Jeślibym go spotkała byłoby to nieuniknione.
Przeszłam parę przecznic i dopiero wtedy odetchnęłam. Ryzyko spotkania go zmalało.
Szłam pewnym krokiem, niezupełnie wiedząc dokąd zmierzam... Było strasznie zimno. Lubiłam zimę, ale wtedy kiedy nie było tak lodowato! Czuł,am, że zaraz mi się odmrożą palce... Rękawiczek jak zwykle nie wzięłam!
Nawet się nie spostrzegłam gdy minęło pół godziny. Rozejrzałam się i mnie zamurowało. Czy to możliwe? Stałam właśnie przed domem Willa. Jak ja tu dotarłam? Nawet w najgorszych koszmarach nie podejrzewałam, że tu zajdę. A zdecydowanie najgorsze było to, że było przynajmniej piętnaście stopni na minusie, a do domu miałam kawał drogi... Co miałam robić? Nie mogłam się przecież zniżyć do takiego poziomu, aby błagać o pomoc 'Pana Komendanta'... To nie w moim stylu... Fakt, Will potrafił być miły i współczujący, jak na przykład w szpitalu, ale zdecydowanie większą część czasu był skończonym snobem... No nic... Musiałam sę przełamać, jeśli nie chciałam zamarznąć na śmierć.
Zrobiłam niepewny krok w stronę jego domu. Potem kolejny. W końcu jednak dotarłam pod jego drzwi... Zapukałam. Ciekawe, czy w ogóle jest w domu, pomyślałam. W końcu facet ma swoje własne życie i ma prawo pojechać gdzieś na weekend. Nie pasowało to do Willa, no ale cóż...
Dzięki Bogu- drzwi się otworzyły.
-Emily? Co tutaj robisz?- powiedział z lekkim zdziwieniem.
-E... Przepraszam, że ci zawracam głowę po raz kolejny, ale...
-Jezu! Wyglądasz jak Eskimos! Wchodź. Zrobię ci herbaty...
Weszłam niepewnie do holu...
-Głupia jesteś? Czemu w taką pogodę ruszasz się z domu? Jest minus dwadzieścia stopni!
-Przepraszam...- powiedziałam rozbierając się. Tymczasem Will zniknął w kuchni.
-Za co?- powiedział podając mi koc i wskazując drogę do pokoju- Rozgość się...
-Masz mnie już pewnie dość...
Nie odpowiedział.
Sam nie wiem czemu byłam dla niego miła. Może dlatego, że Will nie zachowywał się jak zawsze. Był zbyt opiekuńczy. Normalny ' Pan Komendant' wyrzuciłby mnie za drzwi i przyglądał się jak marznę... Więc co go ugryzło?
Will znowu gdzieś zniknął. Rozejrzałam się po pokoju. Nic się nie zmieniło. No może po za bałaganem. Ostatnio wszystko było uporządkowane, a teraz gdzie niegdzie porozrzucane były książki i ubrania… I wtedy mój wzrok padł na stolik. Stała na nim butelka wina i kieliszek.
-Widzę, że w czymś ci przeszkodziłam- powiedziałam kiedy przyniósł mi herbatę.
-E… Nie…- powiedział spoglądając w tym samym kierunku co ja- Pij herbatę.
-Dzięki, nie mam ochoty. Już mi cieplej.
Faktycznie. Było już znacznie lepiej. Przynajmniej się nie trzęsłam cała.
-No, więc? Słucham... Chyba mi nie powiesz, że zamierzałeś się upić bez powodu?- spytałam zakładając ręce na piersi.
-Eh... Życie jest bezsensu...- powiedział po chwili, siadając i nalewając sobie do kieliszka czerwony płyn.
-Och... A więc nie tylko ja tak myślę... Mi też nalej... Lepiej użalać się nad sobą w towarzystwie...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak... A więc to rozdział 26... A tak właściwie to 'Pan Komendant' nie powinien chyba upijać nieletnich, prawda?

~Bad
  • awatar ✝Kochaj mnie ✝: kiedy następna część ? :]
  • awatar Gość: Super:) mam nadzieję, że nie skończysz tego tak szybko jak planowałaś... Pozdrawiam
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Witajcie! A więc.... Ponieważ wiele osób skarży się na to, że za wcześnie kończę opowiadanie postanowiłam je kontynuować. Dodam jeszcze przynajmniej z 5 rozdziałów. Nie obiecuję, że będzie ich duuużo. Mam parę pomysłów co do tego opowiadania i je wykorzystam Jednak będę tutaj je zamieszczać rzadziej... Raz na tydzień chyba Stworzyłam nowego bloga, na którym także piszę jakąś historię, więc zaglądam tutaj rzadziej. Więc jakbyście chcieli poczytać to zapraszam- www.nickelback-stories.blogspot.com
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

-Nie możesz jechać szybciej?!- krzyczałam raz po raz. Wydawało mi się, że Will jedzie strasznie wolno. Na liczniku jednak widniało 180km/h.
-Chcesz spowodować wypadek? Nie mogę jechać szybciej!
-Przecież jesteś gliną do cholery!- krzyknęłam.
-No i co z tego? Lepiej powiedz, czemu ci się tak śpieszy. Coś się musiało wstać. Nie darłabyś się tak na mnie bez powodu...
-Jeśli się nie pośpieszysz stracę osobę, która jest dla mnie ważna raz na zawsze- starałam się mówić spokojnie, chociaż cała się gotowałam z wściekłości i ze strachu. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie zdążyła. Musiałam dojechać na czas. Spojrzała na zegarek. Zostało jej pięć minut.
-Za ile dojedziemy?- spytałam zaciskając ręce na oparciu fotela. Coś chrupnęło, lecz ja nie zważyłam na to uwagi.
-Parę minut i jesteśmy na miejscu... Nie możesz po prostu do niego zadzwonić? Jezu! Coś ty zrobiła ze swoją ręką?!- chciał zwolnić, ale powstrzymała go łapiąc go kurczowo za bluzkę.
-Jedź dalej!
Podsunęłam ręce pod twarz. Prawa dłoń krwawiła- złamałam paznokieć. Dopiero teraz poczułam ból. Jednak nie dałam tego po sobie poznać. Miałam coś ważniejszego do roboty niż przejmować się jakimś paznokciem!
Will się zatrzymał.
-Co ty robisz, idioto?!- wrzasnęłam.
-Jest korek. Nie widzisz?- powiedział wskazując na jezdnię.
-O Jezu! Zrób coś!
-Co mam zrobić?! Teleportować wóz?! Czy może przepychać się na chama rozwalając inne wozy?!
-Kurde! Jak daleko jest lotnisko?
-Paręset metrów stąd. Prosto i w prawo.
-Dzięki- powiedziałam otwierając drzwi.
-Dokąd to...?
Lecz ja nie odpowiedziałam. Biegłam już przed siebie chodnikiem. Potykałam się co chwila, ale biegłam dalej. Coraz szybciej. Nogi bolały mnie okropnie o ręce już nie wspominając. Ale ja nie mogłam się poddać. Musiałam biec dalej nie zważając na ból.
Potrącałam przechodniów, którzy wykrzykiwali coś za mną zbulwersowani, ale ja ich nie słuchałam. W końcu dobiegłam do skrętu, o którym mówił Will. Pośpiesznie skręciłam. Przed sobą miałam wejście na lotnisko. Wbiegłam do środka. I znalazłam się w holu. Po drugiej stronie było przejście do pasów startowych. Dookoła były tłumu. Jak ja wypatrzę Jake'a? I wtedy rozległo się ogłoszenie:
'Samolot do Anglii odjedzie z sektora II za siedem minut. Pasażerowie, którzy jeszcze nie wsiedli do samolotu proszeni są o jak najszybsze dotarcie na sektor II...'
A wić siedem minut. Tyle mi zostało! Jezu!
Zaczęłam się przepychać przez tłum. Towarzyszyły temu pomruki poirytowania. Szłam dalej przed siebie. Poczułam na policzkach łzy. Nie odnajdę go, nie odnajdę, myślałam. Przetarłam rękawem oczy, żeby cokolwiek zobaczyć dookoła. Przedostałam się na środek hali. Tutaj były pustki. Weszłam na wolną ławeczkę i zaczęłam rozglądać się dookoła. Nigdzie ani śladu Jake'a. Ani po lewo ani po prawo. Już miałam zrezygnowana zejść na dół i się poddać, gdy dostrzegłam to czego szukałam.
Szedł przed siebie wolnym krokiem. Kierował się w stronę sektora II.
Zerwałam się na równe nogi i zaczęłam biec. Oddalał się w zastraszającym tempie. Musiałam go dogonić za wszelką cenę!
-Jake!- zaczęłam krzyczeć jak opętana- Jake! Odwróć się! Jake!
Biegłam co sił w nogach. Podszedł już do wejścia na sektor drugi.
-Jake!
Już miał położyć walizkę do kontroli i oddać paszport jakiejś kobiecie, gdy się zawahał. Obejrzał się lekko za siebie. I wtedy mnie zauważył. Zrobił zdziwiona i zdezorientowaną minę. Nie wiedział co tutaj robię. Dobiegłam do niego pośpiesznie.
-Emily...- powiedział cicho z wytrzeszczonymi oczami.
-Tak, to ja- poczułam, że do oczu cisną mi się łzy.
-Co ty tutaj robisz?
-Przyjechałam po ciebie. Nie zostawiaj mnie- błagałam.
-Em, ja...- powiedział pochylając głowę.
-Ekhm...- odchrząknęła jakaś kobieta stojąca w kolejce- Mógłby pan się ruszyć? Samolot odlatuje za dwie minuty!
Jake odsunął się przepuszczając ją. Stanęliśmy na boku. Pochwycił moją twarz w obie ręce i spojrzał mi głęboko w oczy.
-Ja muszę wyjechać. Nie mogę tutaj z tobą zostać...
-Dlaczego chcesz mi to zrobić? Dlaczego?
-Bo nie mogę żyć ze świadomością, że Jill ci robi krzywdę. On jest moim bratem. Nie mogę tutaj z tobą zostać!
-Ale co ty mówisz?! Nie obchodzi mnie Jill. Ja... Ja... Ja się chyba zakochałam. W tobie- dodałam cicho.
Spojrzał na mnie wytrzeszczając oczy.
-Kocham cię- powtórzyłam- Nie odjeżdżaj. Nie zostawiaj mnie. Nie poradzę sobie bez ciebie! Ja nie...
Nie pozwolił mi dokończyć. Naprał na mnie swoim ciałem i pocałował zachłannie. Był to pocałunek bardzo namiętny. Był delikatny, ale stanowczy. Poczułam w brzuchu motylki.
-Ja też cie kocham, Em- wyszeptał mi do ucha- I zostanę z tobą. Będę cie chronił przed Jill'em.
I znowu mnie pocałował. Tym razem krótko.
-Chodźmy już, dobrze?
-Jasne. Mamy wiele do omówienia- powiedziałam.
I ruszyliśmy razem w stronę wyjścia trzymając się za ręce...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wiem.... Lipne i do bani... Przepraszam

To też ciekawe
~Bad
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Ponieważ nie wiedziałam, gdzie dokładnie mieszka Will, musiałam pojechać na komisariat. Na początku marudzili i nie chcieli mi podać adresu, dlatego byłam zmuszona skłamać. No może nie tak do końca kłamać, bo po części było to prawdą, co powiedziałam. Musiałam im przecież wmówić, że mam mu coś ważnego do powiedzenia odnośnie mojego wypadku. W końcu się przełamali i podali mi jego adres. Mieszkał całkiem nie daleko. Parę przecznic stąd. Na komisariacie powiedzieli mi także, że Will zrobił sobie dzień przerwy, bo źle się poczuł. Oh… Jaka szkoda… W stosunku do niego na nic innego mnie nie było stać jak sarkazm.
Z początku chciałam wsiąść w autobus, bo nogi strasznie bolały, ale następny miał przyjechać za dwadzieścia minut, więc nie pozostawało mi nic innego jak iść z buta.
Okazało się, że Will mieszka w malutkim domku na skrzyżowaniu dwóch ulic. Cóż… Nie był bogaty, ale do biednych także nie można go było zaliczać.
Podeszłam pewnym krokiem do drzwi domku i zapukałam. Nawet dzwonka nie miał… Czekałam. I nic. Albo nie słyszał, albo go nie było w domu.
Zapukałam jeszcze raz. Tym razem mocniej…
-Już idę!- usłyszałam jego głos.
Will otworzył mi drzwi. Gdy mnie zobaczył zaniemówił. Był ubrany w jeansy i koszulkę. A więc to tak… Leniuchował sobie. Ładne mi „Złe Samopoczucie”. Nie chciało mu się iść do roboty i tyle!
-Witaj, wpadłam cię odwiedzić!- powiedziałam ze sztucznym uśmieszkiem małej dziewczynki.
Przepchnęłam się koło niego i weszłam do środka. Przeszłam przez wąski hol i wkroczyłam do salonu. Nikogo nie było. Usiadłam na fotelu i zapatrzyłam się w telewizor. Leciał jakiś mecz.
-Co ty tutaj robisz, dziewczyno?!- krzyknął na mnie kiedy odzyskał mowę.
-Hm…- pogrzebałam w kieszeni i wyjęłam telefon komórkowy. Podeszłam do niego i pokazałam mu wiadomość na wyświetlaczu- A to poznajesz?
Cóż… Mogłam położyć wszystko na jedną kartę. W najgorszym wypadku okazałoby się, że to nie on wysyłał mi te badziewie SMS-y, a ja bym sobie poszła plując sobie w brodę, jaka byłam głupia. W sumie istniało małe prawdopodobieństwo, że to był on. Ale… dlaczego by kłamał wtedy- w sklepie- o swojej rzekomej rodzinie?
-Hm… Co to jest?- odparł posyłając mi pytające spojrzenie.
-Will, myślisz, że jestem głupia? Wiem, że to ty. To ja się ciebie pytam, co to do cholery miało znaczyć?!- krzyknęłam mu prosto w twarz.
-Emily…- najwyraźniej przestał już grać na zwłokę- usiłowałem cię tylko chronić…
Powiedział to i spuścił wzrok. Zaniemówiłam:
-A więc to jednak ty?- nie mogłam w to uwierzyć. Było to dziwne. Jeszcze przed chwilą byłam stuprocentowo pewna, że to on, a teraz kiedy się przyznał, byłam tym wstrząśnięta. Chyba do końca miałam nadzieję, że jednak się myliłam.
-Tak. Pracuję w policji. Pewnego razu pracowałem nad sprawą dotyczącą nastolatka. Zabił on dwóch dealerów. Wiem, trudno w to uwierzyć ale tak było. Zabił ich i ukradł wszystkie działki marihuany…
-Ale… Co to ma ze mną wspólnego?- spytałam głupio.
-Nie domyślasz się, kto był tą osobą?
Skąd miałam to wiedzieć? Nie zadaję się przecież z żadnymi ćpunami ani mordercami. Nikogo takiego nie znałam. I nikt nie czyha na moje ży… O nie! Czyżby to był…?
-To Jill… Tak?
-W rzeczy samej. To on. Dowiedziałem się z jakiegoś źródła, że on próbuje cię odnaleźć. Wymyśliłem ten sposób, żeby cię ostrzec. Nie sądziłem wtedy, że jesteś aż tak uparta, że jak ktoś ci pomaga, to robisz wszystko na opak, aby się w coś wpakować. Gdy on cię porwał, nie mogłem sobie tego wybaczyć. Chodziłem dniami i nocami szukając różnych informacji, które pozwoliłyby mi ciebie odnaleźć. Ale ubiegł mnie ten… no… Jake, tak Jake.
Wzdrygnęłam się, gdy usłyszałam jego imię. Ciągle czułam ból, gdy wspominałam to, co się wydarzyło.
-Aha- nic innego nie byłam w stanie powiedzieć- Nie mogłeś załatwić tego normalniej.
-Emily, przepraszam. Ale zastanów się. Czy gdybym do ciebie przyjechał z oddziałem policji i wytłumaczył ci wszystko to byś uwierzyła?
No fakt. Nie uwierzyłabym…
-Nie.
-Więc widzisz.
-Okej, nie ma sprawy. Następnym razem, wal prosto z mostu- uśmiechnęłam się.
-Wiesz, co. Próbowałem cię rozszyfrować, ale jesteś tak niesamowita, że chyba nie umiem tego zrobić- powiedział lekko zmieszany.
-Do usług- zaśmiałam się.
-To co? Przyjaciele?- podszedł do mnie z wyciągniętą ręką.
-Jasne- uścisnęłam dłoń.
I w tej chwili zawibrował mi telefon w kieszeni. Przeprosiłam na chwilę Willa i odczytałam wiadomość.
Zmroziło mnie. Co? Co to ma znaczyć?! Wpatrywałam się i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Musiało mi się przewidzieć. Ale nie! Ta wiadomość ciągle widniała na wyświetlaczu.
-Emily! Co się stało?- spytał Will spoglądając na mnie z przestrachem w oczach.
-Którędy najszybciej na lotnisko?- spytałam głupio.
-Ale co się stało?
-Proszę, zawieź mnie tam. Proszę cię- spojrzałam na niego błagalnie.
-Okej, nie ma sprawy. Chodź i mi w końcu wytłumacz co się stało.
Jednak nie byłam w stanie nic z siebie wydusić. Wchodząc do auta w głowie ciągle mi krążyła wiadomość od Jake’a:
„Wybacz Emily. Wczoraj jak poszłaś odzyskałem przytomność. Lekarze próbowali mnie zatrzymać w szpitalu, ale wypisałem się. Jadę do Anglii. Nie pisałem wcześniej, żebyś mnie nie powstrzymywała. Za kwadrans mam samolot. Kocham Cię, ale nie będę Cię narażał na niebezpieczeństwo. Jesteś dla mnie zbyt ważna. Przepraszam, że się nie pożegnałem. Tak będzie lepiej. Wybacz. Kocham. Jake.”
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
A to Cham! Żeby nawet się nie pożegnać !

Ostatnio polubiłam BTR A szczególnie tą piosenkę ! :
~Bad
  • awatar Gość: WOW! Dlaczego Ty chcesz to kończyć ...;( to jest po prostu świetne, codziennie wchodzę i sprawdzam czy coś napisałaś, a tu nagle piszesz, że to już ostatnie rozdziały:( Nie rób mi/nam tego
  • awatar ✝Kochaj mnie ✝: Kiedy następna część ? :]
  • awatar Nereitte: Wspaniały <3 Zastanawiam się, czy zdąży zatrzymać Jake'a. :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Następnego dnia tata zabrał mnie do domu… Mimo że wyszłam ze szpitala ciągle powracałam do niego w myślach. W końcu Jake ciągle tam leżał. Will załatwił mi do niego dostęp i mogłam z nim posiedzieć. Był nieprzytomny, ale cieszyłam się, że mogłam go chociaż zobaczyć i złapać za rękę. Oczywiście rozmawiałam z nim. Wiedziałam, że mnie nie słyszy, ale w jakiś sposób mi to pomagało. Po wizycie u Jake’a, poczułam się lepiej. Zaistniała we mnie nadzieja, że mój przyjaciel szybko odzyska przytomność i wyjdzie ze szpitala.
Will dowiedział się od pielęgniarki, że jego stał się stabilniejszy i właściwie nie ma opcji, żeby Jake umarł. Chyba że mu się pogorszy. Ale coś takiego lekarz wykluczał. Pozostawało mi czekać…
Gdy dotarliśmy do domu chciałam pójść na górę, spakować torbę i pójść do koleżanki, żeby odetchnąć od ostatnich wydarzeń, lecz tata powiedział żebym chwilę zaczekała w salonie, bo ma dla mnie prezent.
-Ale… Przecież nie mam żadnych urodzin ani imienin- przypomniałam mu.
-Tak, wiem- powiedział wchodząc do pokoju. W ręce trzymał malutkie opakowanie.
-Co to?- spytałam
-Otwórz.
Podał mi pudełko, a ja zaczęłam rozpakowywać. Po chwili trzymałam w ręce komórkę.
-O… Dziękuję…
I dopiero teraz sobie przypomniałam, że nie wiem gdzie się zapodział mój stary telefon… Gdzie on mógł być?
-Gdy… cię napadli zgubił ci się telefon… Więc masz tu nowy. Nie jest jakiś super extra, ale musimy mieć z tobą jakiś kontakt.
-Dziękuję, tato.
Uśmiechnęłam się do niego, a po chwili go odwzajemnił. Wyszło mu to raczej krzywo, ale przynajmniej próbował.
Poszłam na górę. Hm… Należałoby, powysyłać znajomym mój nowy numer telefonu…
Sięgnęłam po notes z numerami znajomych i zabrałam się do roboty… Amy, Adny, Chad, Cornie, Daniel… Jake…
W jednej chwili zalała mnie fala tęsknoty… Czemu akurat on, do cholery, musiał zostać postrzelony?! Czemu mój przyjaciel?! Musiałam dzisiaj wieczorem pojechać do szpitala i się dowiedzieć, czy wszystko w porządku…
Okej… Numer do wszystkich wysłałam…
Już miałam iść na dół coś zjeść, kiedy rozległ się sygnał oznaczający przyjście wiadomości… Spojrzałam na wyświetlacz… Numer nieznany…

„Witaj Emily… Nowy telefon się podoba? Mam nadzieję, że tak… Czy ty naprawdę musisz ciągle wpadać w tarapaty? Lepiej mnie słuchaj następnym razem, to unikniesz nieprzyjemności… Do usłyszenia wkrótce…”
Patrzałam w ekran telefonu i nie mogłam uwierzyć… Już prawie zapomniałam o tym dziwnym człowiek, który wysyłał mi SMS-y, a tu proszę… Znowu! Skąd on znał mój numer?! Musiałam się w końcu dowiedzieć kto za tym stoi… Przecież… To mógłby być Jill! O Boże!
Jedyne wytłumaczenie tego wszystkiego jest takie, że tan koleś musiał być przy tym, kiedy rodzice kupowali mi telefon. Innego wyjścia nie ma. Skoro wiedział, że mam nową komórkę i numer…
Zbiegłam na dół i spytałam się taty podniesionym głosem:
-Kto był przy tym jak kupowaliście mi komórkę?!
-Ale… O co chodzi?- spytał zdezorientowany…
-Kto?
-No… Dużo ludzi… W końcu to sklep… Nie znam przecież tych osób… Ale o co chodzi? Komórka jest uszkodzona czy coś?
-Nie… Po prostu… Czy ktoś ci doradzał jaki telefon kupić? Albo sprawdzał, czy komórka się nadaję, czy coś w tym stylu? Skup się to ważne!
Tata podrapał się po głowie i zastanowił się…
-Czy ja wiem… Sprzedawca… Ale go nie znam… Powiedział tylko, że komórka na pewno będzie idealna… Bo to jakiś dobry model… Mówił, ze na pewno się sprawdzi… Nikt inny nie dotykał tej komórki…
-Eh… A gdzie jest ten sklep?
W końcu mogłam znać tego człowieka ze sklepu…
-Koło twojej szkoły, za rogiem… Coś się stało?
-Nie, nie…
-A! I komisarz Will Smith kazał cię pozdrowić…
-Jak to?
Gdzie on się widział z Willem?
-Jak już wychodziliśmy z tego sklepu, to akurat się spotkaliśmy. Mówił, że kupował córce słuchawki…
Zamurowało mnie….
-Dzięki tato…
Poszłam na górę… Dobre sobie! Will nie ma nawet żony a co dopiero córki!
I wtedy w mojej głowie narodził się złowieszczy plan… Ciekawe czy „Pan Komisarz” miałby coś przeciwko temu, abym mu złożyła niezapowiedzianą wizytę…?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zbliżam się chyba ku końcowi opowiadania Jeszcze ze 2-3 rozdziały. Wybaczcie, ale tek to się pogmatwało, że nie wyrabiam
Stworzyłam także nowy blog Jakby ktoś chciał poczytać już teraz nową sagę to zapraszam: nickelback-stories.blogspot.com ------------------> [ nie martwcie się nie porzucam tego bloga ;D ]

Hm... Moje życie chyba przypomina tą piosenkę, ale nie do końca żałuję z tego powodu...
~Bad
  • awatar Light Of The Night: Koniec? :C a ja to przeczytałam na raz a tu takie buty :c Też piszę opowiadanie, wpadnij jeżeli chce Ci się czytać głupich wypocin :C
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Nominowana przez le-bonheur.pinger.pl
1. Twoje Imię?
2. Twoje hobby?
3. Ulubiony zespół?
4. Ulubiony kolor?
5. Twoje marzenie?
6. Co szalonego chciałabyś/chciałbyś zrobić?
7. Imię przyjaciółki/przyjaciela?
8. Co najbardziej podoba Ci się w inny blogach?
9. Jakbyś mogła pojechać do jednego z tych miast wybrałabyś Londyn czy Nowy Jork?
10. Twój ideał chłopaka?

1. Martyna
2. Pisanie opowiadań ^^ Muzyka, Plastyka... Czytanie
3. Nickelback! The Wanted. Oraz różne pojedyncze piosenki... Scream & Shout, Windows Down, Bring Me Joy i wieleeee, wieleee innych Kocham Muzykę!
4. Zielony, czarny, biały
5. Pojechać do Ameryki, spotkać zespół Nickelback, Meryl Streep i zostać gitarzystką, aktorką bądź pisarką
6. Moje życie całe jest szalone Jestem takim wariatem w klasie
7. Ola *.* Paulina
8. Nie lubię blogów z modą... Przykro mi, ale po prostu modą się nie interesuję W blogach z opowiadaniami podoba mi się przede wszystkim i także fajnie, jeśli pod każdym wpisem jest jakaś fajna muza ^^
9. Nowy York ! Zdecydowanie
10. Romantyczny, Wrażliwy, Nie popisujący się, Wyrozumiały i Umiejący Pocieszyć Najlepiej jeśli lubi słuchać muzyki

Moje pytania
1. Twoje Imię?
2. Twoje Ulubione Danie?
3. Twój Ulubiony typ muzyki/ zespół?
4. Ulubiony Celebryta?
5. Grasz na jakimś instrumencie? Jakim?
6. Masz zwierzaka?
7. Kim chcesz zostać w przyszłości?
8. Twój Ulubiony Blog?
9. Kogo zabrałbyś ze sobą w podróż?
10. Czytasz Książki? Jakie?

Nominuję każdego, kto jest chętny Tylko napiszcie w komentarzu, że się zgłaszacie!
~Bad
  • awatar Light Of The Night: a ja tak czytam Twoje opowiadanie, wszystkie rozdziały po kolei, tak mnie natchnęło, że odpowiem sobie na te pytania w komentarzu ;d 1. Maja 2. trudno powiedzieć, ale uwielbiam rosół mojej babci, która niestety rok temu zmarła, jednak z takim samym przepisem wszystkie jej córki gotują mmm, normalnie niebo w gębie, lubię polskie dania ogółem ;d 3. THE OFFSPRING <3 Mam jobla na punkcie tego zespołu haha, typ muzyki: rock, punk, metal, grunge ;d 4. Axl Rose :D 5. Gram aktualnie na gitarze klasycznej, trochę na perkusji umiem, flet XD, chciałabym się nauczyć na saksofonie, pogrywam jeszcze trochę na pianinie ;d 6. nie ._. Miałam kilka psów, papugi, ostatnio królika ;_; 7. wiążę swoją przyszłość z muzyką i aktorstwem, ale wiem że się nie uda, raczej kucharka XD 8. www.mysteryy.pinger.pl <3 9. Moją koleżankę Agatę ;d 10. Uwielbiam czytać książki, najbardziej przygodowe i kryminały :D mam nadzieje że się nie obrazisz że tak odpowiadam w komentarzu :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Witajcie!
Wybaczcie, że znowu mnie nie było tyle czasu... Znowu kara na Internet ;< Ale nie myślcie sobie, że leżakowałam i nic nie robiłam. Napisałam niecałe 3 rozdziały, które wkrótce dodam ^^
Dla fanów mojego opowiadania (których gorąco pozdrawiam i dziękuję za to, że jesteście i czytacie) mam wiadomość Otóż moje opowiadanie zmierza ku końcowi... Dodam jeszcze kilka rozdziałów i później zacznę całkiem nową historię
Mam nadzieję, że się Wam spodoba !
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Siedziałam i nie mogłam uwierzyć w to co przed chwilą usłyszałam. Co to znaczy, że stan Jake’a jest krytyczny? Przecież to niemożliwie! Jeszcze parę dni temu był okazem zdrowia… A teraz? Teraz leżał w szpitalu postrzelony i nie wiadomo było, czy z tego wyjdzie.
Chciało mi się płakać. Co jeśli on z tego nie wyjdzie? Co jeśli już nigdy nie porozmawiam sobie z moim przyjacielem? Co jeśli już nigdy nie ujrzę jego uśmiechu? Przecież to niemożliwe! On musi żyć! Nie ma innej opcji.
Miałam wielkie wyrzuty sumienia. I jeszcze to, że się z nim pokłóciłam! Nie wybaczyłabym sobie, gdyby on… umarł… Czemu świat musi być taki trudny? Czemu wszystko obracało się przeciwko mnie a Bóg chciał mi zabrać mojego przyjaciela?
Nigdy nie byłam osobą wierzącą. Przecież gdyby Bóg chciał dobrze dla ludzi, to czemu odbierał życie tylu ludziom i sprowadzał na tyle osób nieszczęście? Czy gdyby Bóg naprawdę istniał pozwałaby na tyle złego?!
-Emily… Wiem, że to dla ciebie trudne, ale nie martw się…
-Tylko mi nie mów, że wszystko będzie dobrze!- krzyknęłam w stronę mojego ojca…
Najwidoczniej odebrałam mu jedyny argument jaki miał w zasięgu ręki, bo spuścił głowę i nie odezwał się już ani słowem.
-Tato… Nie chciałabym być niemiła, ale… chciałabym zostać sama…- powiedziałam cicho.
-Oczywiście skarbie… Jakbyś czegoś potrzebowała- dzwoń. Będę w domu… Chyba, że wolisz, żebym został.
-Nie, nie! Idź, poradzę sobie…
Jedyne czego mi teraz brakowało, to ojciec sterczący nade mną i próbujący mnie pocieszyć… A prawda była taka, że nikt nie był w stanie mi pomóc. Nikt nie był w stanie mnie pocieszyć i powiedzieć, że będzie lepiej, bo nikt nie wiedział, czy Jake z tego wyjdzie. Nikt mnie nie mógł klepnąć w ramię i rzec, że jeszcze kiedyś porozmawiam z przyjacielem. NIKT!
Musiałam więc ostać sama.
Odwróciłam się, żeby zobaczyć, czy zostałam sama. Tata ciągle tam stał.
-Pa- powiedziałam. Wiem, że nie było to miłe z mojej strony, tak się go pozbywać, ale co miałam robić?
-Do widzenia, córeczko.
I już go nie było. Zostałam sama pogrążona we własnych smutkach. Poczułam, ze po policzkach ciekną mi łzy…
I właśnie w tej chwili zadzwonił telefon. Spojrzałam na wyświetlacz… Steve.
Poszedł do domu, gdy tylko dowiedział się, że na pewno mi nic nie jest, a jutro wyjdę ze szpitala. Upierał się, że zostanie przy mnie, ale powiedziałam, ze naprawdę nie ma takiej potrzeby i poradzę sobie sama.
Nacisnęłam zieloną słuchawkę i powiedziałam:
-Coś się stało?
-Nie… Chciałem się tylko upewnić, czy nic ci nie jest i czy czegoś nie potrzebujesz… Jakby coś, to przybędę w pięć- zaśmiał się lekko.
-Steve… Ja tylko zemdlałam. Nic poważnego. Jutro wychodzę…
-A… Jak się ma Jake? Wiesz już coś?- spytał lekko się wahając, czy może poruszyć ten temat.
Nie byłam w stanie nic wykrztusić…
-Oh… Przepraszam. Nie powinienem był. Chciałabym ci powiedzieć, ze wszystko będzie dobrze, ale to cie nie pocieszy. Dlatego… Wiedz, ze jestem z tobą, i że możesz na mnie polegać…
-Dzięki… Steve…
Odwróciłam się słysząc pukanie do drzwi… Przez szybkę zauważyłam mundur policyjny. Nie widziałam twarzy, ale znałam tylko jednego policjanta…
-Przepraszam, ale… Muszę kończyć… Do zobaczenia.
I nie czekając aż coś odpowie i wyłączyłam telefon.
-Proszę…- powiedziałam cicho.
-Witaj, młoda damo!- powiedział poważnie Will, a po chwili nie mógł opanować śmiechu.
-Cześć Will…
-Oh… Ty to masz szczęście do szpitali… Kolejny raz… Hm, hm!
-Daruj sobie…
Już miał coś odpyskować, gdy zobaczył jaki mam wyraz twarzy…
-Co się stało, Em? Źle się czujesz?- spytał w jednej chwili zmieniając ton z poważnego na delikatny. Współczuł mi… Tylko czy on mógłby być do czegoś takiego zdolny? Nie, chyba nie…
-Moje życie się wali, ale ty nie chcesz o tym słyszeć, bo ciebie to nie obchodzi… Jesteś zbyt wielkim snobem… Myślisz, że świat kręci się wokół ciebie i to ty decydujesz o tym, jak mają postępować inni!- nawet nie spostrzegłam, kiedy stałam przy nim.
-A najgorsze jest to, że nie umiesz współczuć! Pytasz innych co czują, a tak naprawdę masz to gdzieś! Nie obchodzi cię to, co odpowiedzą!- zaczęłam go okładać pięściami po klatce piersiowej- Jesteś najzwyklejszym w świecie dupkiem! Więc z łaski swojej nie pytaj mnie jak się czuję!
Poczułam gorzkie łzy, które po chwili wsiąkały mi w ubranie. Will przytulił mnie lekko do siebie.
-Słuchaj, wiem… Wiem, jakie wrażenie sprawiam, ale… Ale ja taki muszę być. Tego wymaga moja praca… Muszę sprawiać wrażenie twardego gościa, którego nic nie obchodzi. Jestem gliną… Nie mogę tak po prostu chodzić po mieście i wszystkim współczuć… Tego nauczyło mnie pięć lat doświadczenia. Wstąpiłem do policji kiedy miałem dwadzieścia lat, a teraz jestem bezwzględnym dwudziesto- pięcioletnim draniem. Masz rację… Zgadzam się ze wszystkim co mi powiedziałaś.
Nie wierzyłam własnym uszom. Czy to mogła być prawda? Czy Will był w stanie powiedzieć coś takiego? Nie wiedziałam co mam powiedzieć…
-A więc, czemu jesteś w takim opłakanym stanie?
-Mój przyjaciel tu leży… Został… Postrzelony.
-Taaak. Słyszałem o tym. Zajmujemy się tą sprawą… Musimy dorwać tego dupka… Zastrzelił już dwie osoby a teraz to…
Jego słowa wstrząsnęły mną. Zalała mnie kolejna fala rozpaczy.
-Nie płacz… Chcesz… Chcesz go zobaczyć?
-Nie. Wpuszczą. Mnie…
-Hm… Poczekaj tutaj chwilkę zaraz wracam- oderwał lekko moje ręce, ponieważ ciągle ściskałam kurczowo jego mundur gniotąc go (co spostrzegłam dopiero wtedy).
Wyszedł… Usiadłam na skraju łóżka. I czekałam…
Po pięciu minutach wrócił Will i oświadczył uśmiechając się od ucha do ucha:
-Oh, jestem cudowny! Załatwiłem z pielęgniarką i możesz iść do Jake’a. Chodź- uśmiechnął się do mnie i wyciągnął rękę w moim kierunku pokazując, żebym poszła za nim.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


A więc tak... Jak Wam się udał Sylwek? Bo u mnie raczej nudno było
Zastanawiam się właśnie czy ta '13' w roku 2013 będzie pechowa... OBY NIE!

Siedzę i słucham Najlepszych Hitów roku 2012 w RMF-FM
Miejsce 49... Boska !!!
~Bad
  • awatar Gość: notka suuuper! :D:D nie kończ tej historii! jest taka...fajna...ciekawa...zawsze trzyma w napięciu...;-)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Następnego dnia był poniedziałek. Rodzice mnie nie puścili od szkoły mówiąc mi, że przez pewien czas powinnam zostać w domu. Przynajmniej do czasu aż sobie wszystko poukładam i w końcu złapią Jill’a. Właściwie to mnie to cieszyło. Miałam trochę czasu dla siebie. W końcu tak na dobrą sprawę wszystko już sobie przemyślałam. I nic więcej bym nie była w stanie wymyślić… Właściwie to nie było nic do dodania w tej sprawie i wątpiłam, aby policja go znalazła. Nie miała żadnych poszlak, ja nie pamiętałam niczego co się jego tyczyło więc istniały naprawdę małe szanse na to, że coś się na to zaradzi. Czy moi rodzice zamierzali mnie trzymać w domu do końca roku szkolnego, byleby mnie chronić przed niebezpieczeństwem, którego ja nijak nie mogłam dostrzec?
-Dokądś się wybierasz?- spytał mnie po południu tata, kiedy pakowałam torbę.
-Tak… Umówiłam się z kole… koleżanką…
-Nigdzie nie pójdziesz!
W pierwszej chwili myślałam, że to żart. Ale dopiero później spojrzałam na jego twarz. Wcale nie był zadowolony. Wręcz przeciwnie. Ewidentnie emanowała od niego złość. O co mu chodzi? Ze znajomymi nie mogę się umawiać?
-A właśnie, że pójdę. Mam szesnaście lat i chyba mam prawo do spotkania z rówieśnikami. No chyba, ze zupełnie chcecie mnie odizolować od ludzi. W końcu każdy może być dla mnie zagrożeniem…
A co mi tam. Wiem, że oni się o mnie martwią, ale na Boga! Nie jestem dzieckiem. Mnie nie trzeba pocieszać.
-Nie pyskuj! Wiesz przecież, że nam na tobie zależy. Od czasu kiedy ten bandyta cię porwał zmieniałaś się nie do poznania. I zachowujesz się, jakby to całe zajście cie nie dotyczyło! Co się z tobą dzieje?!
-Nic. Mam taki charakter. Słuchaj, tato. Steve mieszka przecznicę dalej. Naprawdę nic mi nie grozi.
I dopiero gdy powiedziałam to zdanie do końca, uświadomiłam sobie jak wielką gafę palnęłam. Jednak ojciec się nie zorientował, że wcześniej mówiłam o wypadzie do koleżanki bo kontynuował zmieszany:
-To ten chłopak, u którego ostatnio nocowałaś?
-Tak.
-Więc… jesteście razem? To coś poważnego?
-Nie, to nic. Jesteśmy przyjaciółmi. I tyle…
Czekałam niecierpliwie na to co powie.
-Cóż… Dobrze… Ale uważaj na siebie córeczko…
Po czym wyszedł z pokoju. Byłam szczerze zdziwiona, że tak szybko mi na to wyjście pozwolił. Chociaż nasza rodzina była rodziną nietypową nie łatwo było do czegoś rodziców przekonać.
Właściwie to Steve’a nie uprzedziłam wcześniej o moich odwiedzinach. Nie miałam na to czasu. I oczywiście skłamałam mówiąc, że mieszka niedaleko. Musiałam tam dojechać tramwajem, ale to nic. Liczyło się to, że potrzebowałam się komuś wyżalić. Nie umiałam tego trzymać w sobie. Moje uczucia nie były w stanie utrzymać się we mnie, Musiałam komuś powiedzieć o tym co leży mi na sercu. Potrzebowałam po prostu przyjaciela. Jake nie chciał ze mną rozmawiać, więc nie miałam innego wyboru. Co prawda po wyznaniu Steve’a wolałam go raczej unikać, ale z drugiej strony chłopak zasługiwał na szczerość. Musiał wiedzieć co do niego czuję, a czego nie czuję. Nie mogłam go okłamywać. Ani tym bardziej nie zasługiwał na to, abym go raniła.
I wtedy sobie coś uświadomiłam… Przecież ja od tygodnia nic nie robię tylko kogoś ranię! Jestem taka okropna! Najpierw Jake, teraz Steve… Kto będzie następny?!
Steve od razu mi otworzył. Był bardzo zdziwiony moją wizytą, ale nie mógł także powstrzymać radości. Co chwila mnie przytulał i mówił jak bardzo za mną tęsknił. Pytał się także czy wiadomo coś nowego na temat Jill’a. Gdy dowiedział się, że policja nadal nic nie znalazła bardzo się zezłościł:
-Ach… Gliny nic nie umieją załatwić. Ale nie martw się. Przy mnie nic ci nie grozi- uśmiechnął się promiennie. Ja jednak nie podzielałam jego entuzjazmu.
-Właśnie w tym problem…- powiedziałam cicho.
-Ale jak to?- spytał zdezorientowany.
-Ja… Ja ciebie nie kocham. A ty tak. Ja nie mogę ciebie okłamywać i mówić, że coś do ciebie czuję, bo to nie jest prawda.
Zapadł cisza. Bałam się podnieść głowę i spojrzeć mu w oczy. Niewątpliwie moje wyznanie go zabolało. W końcu jednak powiedział:
-Cieszę się, że jesteś ze mną szczera… Ale to co powiedziałaś niczego nie zmienia. I tak będę cię chronił. Ten dupek już nigdy więcej cię nie zobaczy. Włos ci z głowy nie spadnie. Ja tak nie mogę Steve! Nie mogę! Czemu Jill się uwziął na mnie?! Nie umie o mnie zapomnieć i przejść dalej?! To jest chore! I do tego wszystkiego wszystkich ranię. To jest okropne. Wysługuję się tobą i wszystkimi innymi. Ja nie chcę tak żyć… Steve…- nawet nie poczułam kiedy z oczu zaczęły mi kapać łzy.
-Emily, nie płacz. Wcale się mną nie wysługujesz. Lubię jak do mnie przychodzisz.
-Nie pocieszaj mnie. Jeszcze gorzej się czuję.
-Ale nie możesz się przecież tak obwiniać! Nie jesteś niczemu winna!
-A właśnie, że…- mojej odpowiedzi przerwał dzwoniący telefon. Potrzebowałam dobrej chwili, aby się zorientować, że to moja komórka. Wygrzebałam z kieszeni aparat i spojrzałam na wyświetlacz.
Dzwonił tata. O nie! Czyżby zauważył, że wsiadam w autobus i jadę nie tam gdzie obiecałam? Jezu!
-Nie odbierzesz?
Uświadomiłam sobie, że wpatruję się tępo w telefon. Nacisnęłam więc zielony przycisk. Raz kozie śmierć.
-Haaalo?
-Cześć, Em. Dzwonię, bo… Bo musze ci coś powiedzieć. Tylko nie panikuj…
-Co się stało, tato?
-Jake… Jake...- nie mógł wydusić tego, co miał mi do powiedzenia.
-Co z Jake’em?
-Jake… Jest w szpitalu… Próbowano go zabić…
Nie mogło to do mnie dotrzeć… Wytrzeszczyłam oczy, otworzyłam buzię i nie mogłam nic więcej zrobić…
-Emily? Jesteś? Halo?!
W tej chwili komórka wyleciała mi z ręki, a ja osunęłam się bezwładnie na ziemię.
***
Steve uparł się żeby mnie zawieźć do szpitala. Nie marudziłam. Po pierwsze- faktycznie źle się czułam, a po drugie- i tak bym tam pojechała, żeby zobaczyć się z Jake’em. Ciągle nie mogło do mnie trafić to, że ktoś go chciał zabić… A jeśli nawet, to dlaczego?! Przecież Jake jest takim miłym chłopcem… Nie mogłam sobie wyobrazić, aby ktokolwiek go nienawidził na tyle, aby posunąć się do czegoś tak głupiego…
-Ja chcę go zobaczyć, tato!- powtórzyłam po raz setny.
-Mówiłem ci, że nie możesz. Źle się czujesz i do tego…
-Nie! Ja chyba lepiej wiem, jak się czuję, nieprawdaż? Słuchaj, Jake jest moim przyjacielem. Ja muszę go zobaczyć… Muszę, rozumiesz?
-Emily, poleż trochę… Zasłabłaś i musisz odzyskać siły…- tym razem wtrącił się do rozmowy Steve.
-Czy wy nie rozumiecie, że on mnie potrzebuje?! Dopiero co ktoś usiłował go zabić!
-Ale… To nie jest możliwe, kochanie…
-Ale jak to?
Nie musiałam być geniuszem, żeby rozszyfrować, że coś jest grane. Coś przede mną ukrywali. Obaj. Coś musieli wiedzieć, o czym ja nie miałam najmniejszego pojęcia! Przecież to było głupie zasłabnięcie. W dzieciństwie non stop mi się to zdarzało. Wypadł mi jakiś ząb, a ja już na podłodze byłam. Powinni sobie odpuścić, ale jeśli tego nie robili coś musiało się stać. Tylko co? O co im chodziło? Czemu nie mogłam się zobaczyć z Jeke’em do cholery?! Czyżby…?
-On… Lekarze walczą o jego życie… Jego stan jest krytyczny…
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
o.O Nie! Nie! Nie! Zabiję tego kogoś, kto chciał zabić Jake’a xD

*Wybaczcie, że dłuuuugo nie pisałam, ale najpierw nauka ( ) później kara *

A ja się dziwię, czemu końca świata nie ma ! xD

Przysięgam... Kiedyś sprawdzę

Na Wigilii szkolnej dostałam Kalendarz Adwentowy z czekoladkami Nie ma to jak dostać coś takiego 21 grudnia Można od razu zjeść 21 czekoladek!!! Yeeeey!
Dostałam także, żel pod prysznic, książkę 'Dziewczyna, która chciała zbyt wiele' Jennifer Echols, czekoladę, okulary przeciwsłoneczne i sznurówki *.* Recenzję książki podam jak przeczytam *A Wy? Co dostaliście? *

~Bad
  • awatar This is my story...: Podoba mi się ten mroczny klimat twojego opowiadania.Dobrze piszesz,a mi zależy na opinii piszących osób :) Zapraszam cię na mojego bloga,ponieważ chcę zacząć pisać opowiadanie,ale nie mam pomysłu,liczę na twoją pomoc i jakąś wskazówkę ^^
  • awatar NEVER STOP DREAMING: fajny rozdział. Wesołych świąt i czekam na cd :> :)
  • awatar raandall: Dobry wpis ♥ Zapraszam ;) + Jesli ci sie spodoba dodaj do obserwowanych bądź znajomych .;*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
-Czego tutaj chcesz?- powiedziałam wkładając w każde słowo mocną dawkę jadu.
-Chciałem… Porozmawiać. Przeprosić za swoje zachowanie. Wiesz… Głupio wyszło.
-Tak, głupio. Tyle, że… Ja ciebie nie chcę słuchać.
-Ale dlaczego? Co ja ci takiego zrobiłem?- podniósł głos Jake.
-Nic. Myślałam, ze jesteśmy przyjaciółmi. A ty nawet nie chciałeś ze mną rozmawiać! Wiesz co? To nie jest fair!
-To, że nie chciałem z tobą rozmawiać, to nie znaczy od razu, że mi na tobie nie zależy! Zrozum mnie, że mi też nie jest łatwo z tym, że mój… brat mógłby ci zrobić krzywdę! Czy myślisz, że byłoby mi miło gdyby Jill skrzywdził kogoś, kto jest dla mnie ważny?!
O tym nie pomyślałam. Faktycznie. Jake musiał się czuć okropnie. W końcu ja też nie byłabym zadowolona, gdybym miała kogoś takiego za brata… W jednej chwili złość na Jake’a mi przeszła. Poczułam natomiast współczucie w stosunku do niego. Jak mogłam być taką idiotką i mieć mu za złe, że nie chciał ze mną wtedy rozmawiać? Jestem zła… On nie zasługuje na takie zachowanie z mojej strony.
-Masz rację. Przepraszam- powiedziałam cicho.
-Nie przejmuj się. Jestem z tobą. Obiecuję, że już nigdy więcej nie zobaczysz Jill’a na oczy.
W jednej chwili znalazł się przy mnie. Poszliśmy do mojego pokoju.
-Co będziemy robić?- spytał.
-Nie wiem. Chcesz… Obejrzeć film? Ostatnio dostałam jakiś film sensacyjny „Komórka”. Podobno fajne. Jeszcze nie oglądałam.
-Jasne.
Usiedliśmy koło siebie na mojej kanapie a ja odpaliłam film. Szczerze mówiąc nawet nie przyglądałam się akcji. Byłam pogrążona w myślach.
Co ja mam teraz robić? Przecież nie mogę być z Jake’em. To by nie było fair. W końcu Steve widocznie cos do mnie poczuł. Więc, co ja mam robić? Obu ich lubię i nie potrafię zdecydować, z którym się lepiej bawię. A zupełnie najgorsze jest to, że obu znam zaledwie tydzień. To się robi coraz bardziej chore. Tak nie można żyć! Człowieka trzeba poznać zanim zdecyduje się na związek z tą osobą.
I nagle Jake mnie objął. Poczułam jego dłoń na moim ramieniu i w tym samym momencie odskoczyłam w bok. Chłopak spojrzał na mnie dziwnie.
-Przepraszam, Jake. Taki odruch…
Powróciłam na miejsce, ale tym razem usiadłam w siadzie skrzyżnym naprzeciwko chłopaka.
-Możemy porozmawiać?
-Jasne- powiedział lekko zdezorientowany.
Wyłączyłam więc film.
-Słuchaj… Ja nie mogę z tobą być. Wiem, że coś do mnie czujesz. I jeszcze ten pocałunek ostatnio. Ja po prostu… Nie mogę żyć w takim pośpiechu. To mnie przerasta. My nawet się nie znamy. Nie wiemy o sobie prawie nic. Nie możemy być parą. Przepraszam cię, jeśli myślałeś inaczej.
-Ale jak to? Myślałem, że mnie lubisz…- posmutniał.
-Tak, ale… Nie mogę cię oszukiwać. Po tym jak odjechałeś wtedy samochodem spotkałam Steve’a. Rozmawialiśmy razem. Pocieszał mnie, bo czułam się okropnie i później pojechaliśmy do jego domu. On... On mnie pocałował i widocznie coś do mnie poczuł. Ja nie mogę was okłamywać.
-Aha, czyli wolisz jego? Tak?- jna jego twarzy zawidniał grymas złości.
-To nie tak. Po prostu…
-Wiesz co? Zatrzymaj te uwagi dla siebie. Muszę lecieć Na razie!
I już go nie było. W tym momencie czułam się jeszcze gorzej niż wcześniej. Czemu życie musi być takie trudne? Czy ja nie mogłabym choć przeżyć jednego (Jednego!) dnia bez jakichkolwiek komplikacji? Eh…! To jest bezsensowne! Czemu akurat mi się coś takiego przytrafiło? Oczywiście cieszyłam się, że poznałam Jake’a i Steve’a, ale czy od razu musieli się we mnie zakochiwać? Przecież jestem taka jak inne nastolatki? Nie mogli sobie poszukać kogoś innego? Ładniejszego i mądrzejszego?
Marzyłam teraz tylko o tym, żeby zostać sama i żeby już nikt nie zakłócał mojego spokoju. Ale nie! Oczywiście ktoś musiał znowu przyjść!
-Emily!
-Co znowu?!- krzyknęłam.
-Ktoś do ciebie!
Nie! Wstałam z kanapy i miałam zamiar zejść na dół. Lecz w drzwiach od mojego pokoju zderzyłam się z kimś.
-Au! Uważaj!
-Oj. Sorry.
I właśnie wtedy zobaczyłam kogo przywiał wiatr do mojego domu. Czemu akurat on?!
-Świetnie! Tylko ciebie tutaj jeszcze brakowało!- powiedziałam z sarkazmem.
-A ty jak zwykle w świetnym humorze. Dziewczyno, wrzuć na luz! A zresztą złość piękności szkodzi. Ale… To raczej ciebie nie dotyczy…- zaczął się śmiać na całe gardło.
Czy wszyscy policjanci byli takimi chamami od urodzenia?!
-Ha. Ha. Ha. Bardzo śmieszne! Rozbawiłam się do łez- wysyczałam do Willa.
-No z tymi łzami to masz rację? Czemu płakałaś?- spytał takim tonem, że się domyśliłam, ze moje odpowiedź go raczej nie interesuje.
-Po co chcesz wiedzieć?
Jednak Will zwrócił mi uwagę na pewną rzecz. Dotknęłam policzka. Rzeczywiście mokry. Nawet nie zauważyłam kiedy zdążyłam się rozpłakać. Ale najgorsze było i tak to, że Chudy (jak go nazwałam podczas pierwszego naszego spotkania) zobaczył mnie w takim stanie. W jednaj chwili ta nazwa stała mi się do niego nieadekwatna…
-Właściwie to nie chcę wiedzieć, ale pytam przez grzeczność. Znaj moją łaskę.
-Ty… Ty… Ty chamie skończony! – coraz bardziej dygotałam ze złości.
-Oj, no przecież żartowałem! Więc co się stało?
A co mi szkodzi?
Opowiedziałam w skróci co się stało.
-Aha.
Patrzyłam na niego z niedowierzeniem na twarzy.
-Tylko tyle masz mi do powiedzenia? Jakieś durne „aha”?
-Właściwie to mógłbym ci tu wytoczyć wykład co na ten temat sądzę ale się powstrzymam i powiem ci tylko tyle, że tak krótki okres znajomości to trochę za wcześnie, żeby decydować o tym z kim się chce być. Poczekaj trochę i może w końcu dokonasz jakiegoś wyboru.
-Dzięki…
-Okej. Przejdźmy do rzeczy- powiedział lekko poważniejąc. (Jeśli w ogóle on MÓGŁ być poważny).
-Zapomniałem cię o coś spytać- ciągnął- Czy… Znasz kogoś z rodziny tego Jill’a? Z kim moglibyśmy porozmawiać?
-Właściwie to…. Znam. Nazywa się Jake… Jake…
O Boże! Ja nawet nie znam jego nazwiska! Poczułam się jeszcze gorzej. Zakochał się we mnie chłopak którego nawet nie znałam na tyle, żeby poznać jego nazwisko! Boże Święty! Jaka ja jestem głupia!
-Nie chcę nic mówić, ale nazwisko też by się przydało- uśmiechnął się.
-Problem w tym, że nie znam nazwiska… Ale… Mam jego numer!- zawołałam triumfalnie. Przynajmniej Will sobie nie pomyśli, że jestem roztrzepana i zachowuję się jak dziecko. Punkt dla mnie!
Zapisałam mu na kartoniku numer telefonu, który wzięłam z notesiku z adresami znajomych (telefon nowego nie miałam odkąd Jill go zniszczył).
-Okej. Jak mi się coś jeszcze przypomni to przyjdę.
-A zadzwonić nie możesz? Mówiąc prawdę… Nie przepadam za tobą- on mógł być chamski to ja chyba też?
-Wierz mi, Emily! Nie tylko ty masz takie odczucia- uśmiechnął się do mnie.
W tamtej chwili marzyłam tylko o tym, żeby go uderzyć z całej siły za jego bezczelność. Ale wizyta na komisariacie nie bardzo mi się uśmiechała…
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Takiego bezczelnego człowieka to jeszcze nigdy w życiu nie widziałam, a Wy?
(Przepraszam, że ten wpis taki nudny....)

P.S Przepraszam za długą nieobecność, ale byłam chora i nie miałam dostępu do internetu Mam nadzieję,że wybaczacie? postaram się co,ś dodać w ten Weekend lecz nie obiecuję, bo muszę się pouczyć do:
*Kartkówki z Matmy
*Odpytywania z Bilogii
I.... Najgorszego....
*Sprawdzianu z ośmiu tematów z Historii...

Jezu!!! Jak ja kocham tą piosenkę!!! Olly też jest bardzo ładny
~Bad
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Stałam i patrzyłam się przed siebie. Jak to możliwe, że on tak szybko zdążył przyjechać? Dopiero co wróciłam do domu, a Chudy już przyjechał. Cóż może jego posterunek był gdzieś blisko? A zresztą… Co mnie to interesuje? Najgorsze chyba było to, że rozpocznie się teraz przesłuchanie.
-Emily… Chciałbym z tobą porozmawiać o tym co ci się przydarzyło…
-A może ja nie chcę o tym rozmawiać?- tak mnie to wszystko wkurzało, że nie potrafiłam odpowiedzieć inaczej. Niech się już to wszystko skończy! Chcę być normalną nastolatką, a nie dziewczyną, która ciągle ma do czynienia z policją!
-Słuchaj, wiem jak się czujesz, ale zrozum! Musisz powiedzieć mi prawdę. Nie może mu to ujść na sucho! Musisz coś z tym zrobić!
-To chyba moja sprawa, prawda?- nie mogłam się powstrzymać.
-Nie, to nie jest i wyłącznie twoja sprawa! On może być niebezpieczny również dla innych! Dziewczyno, zrozum to!
Nie odpowiedziałam. W tym miejscu to on miał rację. Co prawda Jill powiedział mi, ze porwał mnie tylko dlatego, żeby mnie przekonać, żebym do niego wróciła, ale mógł kłamać. Bóg wie, co siedziało w jego głowie. Może wymyśla taką bajeczkę pierwszej lepszej osobie, którą porwie? To prawda. Mógł być niebezpieczny także dla innych. Musiałam coś z tym zrobić…
-Niech będzie. Chodźmy może do mnie.
Zaprowadziłam Smitha na górę. Nie chciałam opowiadać po raz trzeci tej samej historii ale byłam do tego zmuszona. Kto wie, może i ten policjant mi nawet pomoże?
-Co chce pan wiedzieć?- powiedziałam sadowiąc się na łóżku w siadzie skrzyżnym.
-Czemu nie chcesz, żeby ktoś pomógł? Próbuję tylko ustalić co się wydarzyło i złapać tego drania. Więc byłbym wdzięczny, gdybyś ze mną współpracowała, a nie dąsała się. Wiem, że jest ci źle, ale chyba wolisz, żeby ten dupek nie ujrzał już światła dziennego , niż żeby zrobił to samo komuś innemu, racja?
Tu także miał rację. Musiałam się przełamać i powiedzieć mu wszystko czego chciał.
On pytał a ja odpowiadałam. I tak bez końca. Co chwila spoglądałam na zegarek. Miałam wrażenie, że czas wlecze się jak nigdy. Chudy ciągle coś zapisywał w swoim notesie. W końcu zaschło mi w gardle.
-Długo jeszcze?- spytałam- Przepytuje mnie pan już bitą godzinę!
-Słuchaj no! Mam dość twojego charakteru, dziewczynko! Ja tu próbuję pracować i nie mam zamiaru wysłuchiwać tu twoich fochów!
Widać było, że się musiał nieźle wściec. Nikt jeszcze tak na mnie nie krzyczał. Jednak ja nie pozostałam mu dłużna:
-Myślisz sobie, że możesz tak do mnie mówić?! Jesteś ode mnie starszy o parę lat, więc sobie odpuść!
Przerażałam sama siebie. Czy ja właśnie nakrzyczałam na policjanta? Dobra, nie czułam przed nim respektu, bo był dość młody, ale to jednak glina. Gdyby się o t postarał, mogłabym mieć kłopoty.
Przez dobre parę minut mierzyliśmy się wzrokiem. Ciągle był bardzo zły. Miał przymrużone oczy i próbował coś wyczytać z mojej twarzy. W końcu jednak chyba postanowił odpuścić, bo jego ton stał się bardziej łagodny:
-Masz rację. Nie powinienem tak się do ciebie zwracać. Może… Przejdziemy na „ty”? Tak chyba będzie łatwiej…
Uśmiechnął się. Jednak ja nie byłam ślepa. Widziałam, ze musiał się do tego mocno zmusić. Widać było, że nie chciał się wykłócać tylko skończyć jak najszybciej sprawę i wrócić na posterunek. Wyczytałam to z jego twarzy.
-Niech będzie- powiedziała już trochę udobruchana.
-W takim razie… Skąd znasz tego Jill’a?
-Cóż…- postanowiłam współpracować, żeby sobie już w końcu poszedł- Nie wiem. Wyda się to panu… tobie… dziwne, ale mam zanik pamięci. Kiedy mnie porwał straciłam przytomność i później już nic nie pamiętałam. Jill mi mówił, że podobno…
-Że co?
-Że… Byliśmy… Parą. Mówił, że jak później się przeprowadziłam, to on to odebrał jako zerwanie i teraz porwał mnie tylko dlatego, żeby mnie namówić, abym do niego wróciła- powiedziałam to na jednym wdechu, żeby mieć to jak najszybciej za sobą.
-Aha… Cóż… To chyba wszystko, Emily!- powiedział i wstał.
-Obu jednak nie…- powiedziałam do siebie pod nosem
Jednak Will wszystko usłyszał, bo powiedział:
-Masz bardzo trudny charakter… Ale nie martw się… W końcu jakoś cię rozszyfruję- posłał mi uśmieszek i założył czapkę policjanta na głowę.
-Żegnaj… Młoda damo- powiedział ciągle się śmiejąc.
„Po prostu szczyt bezczelności! Ale nie martw się Will, ja też cię rozszyfruję! Jeszcze pożałujesz tego, że zadarłeś z Emily!”
***
Następnego dnia była niedziela. Siedziałam cały dzień w domu. Nie miałam zresztą dokąd pójść. W domu oczywiście także nie miałam czego ze sobą zrobić. Większość czasu spędziłam w pokoju słuchając muzyki oraz czytając książkę. Lecz te zajęcia nie pozwalały mi uciec od moich myśli. Mój umysł co chwila powracał do ostatnich wydarzeń z mojego życia. Wydawać by się mogło, że będę myślała i wyłącznie o Jill’u, ale jednak nie… Moje myśli krążyły przede wszystkim koło Jake’a i Steve’a. Miałam wielkie wyrzuty sumienia, bo czułam, że któregoś z nich w końcu zranię. Oboje byli mymi przyjaciółmi, ale widać było, że każdy z nich chciał czegoś więcej.
Cóż… Było to dziwne. Każdego z nich znałam około tygodnia a już ich bardzo polubiłam. Co się ze mną działo? Przecież to jest dziwne. Nikt nie jest w stanie polubić kogoś tak szybko!
Właśnie kiedy o tym wszystkim myślałam zawołała mnie mama:
-Emily, masz gościa!
Kto to mógł być? Boże… Żyć nie dadzą… Jeśli to znowu ten policjant to…
Zeszłam na dół i skierowałam się do hollu. Byłam przekonana, że to Will, a jednak nie… Stał przede mną ktoś kogo nie chciałam widzieć...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kto to?

^^
~Bad
  • awatar Madlajn ♥: Nie mam pojęcia, ale nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału ^^
  • awatar Gość: super... może Jill? albo Jake...:P
  • awatar Gość: supeer :D chce nowy rozdział *.* :D czeekam
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Obudziłam się o czternastej. Nic dziwnego… Poprzedniego dnia nie mogłam w ogóle zasnąć. Po tym jak Steve mnie pocałował powiedziałam mu, że jestem bardzo zmęczona i chciałabym już pójść do pokoju. Tak naprawdę chciałam wszystko przemyśleć. To co Steve mi powiedział ciągle szumiało mi w głowie.
„I właśnie na to liczę, Emily…”
Czy on naprawdę się we mnie zakochał? I oczekiwał, że i ja tak postąpię? Lubiłam Steve’a- to prawda. Ale mojego uczucia do niego nie można było chyba nazwać miłością. Mieliśmy wspólne zainteresowania i byłam nim zafascynowana, ale to wszystko. Chociaż… Może sama przed sobą ukrywam, że go kocham? O Jezu! To się robi takie pogmatwane.
Steve zrobił mi szybki obiad. Spaghetti Bolognese. Było pyszne. Właśnie kończyłam jeść kiedy chłopak wszedł do kuchni. Podniosłam głowę a Steve na mnie spojrzał. Po chwili usłyszałam donośny śmiech.
-No co?- spytałam z pełnymi ustami.
Podszedł i wręczył mi chusteczkę. Zrozumiałam o co mu chodzi. Musiałam mieć wąsy po sosie.
-Ha, ha. Bardzo śmieszne- powiedziałam z sarkazmem ale po chwili zaczęłam się śmiać razem ze Steve’em.
-Okej. Pośpiesz się. Muszę cię odstawić do domu.
O nie! I teraz przez resztę dnia będę musiała tłumaczyć się rodzicom albo nawet i lepiej- policjantowi. Byłam stuprocentowo przekonana, że rodzina musiała zaangażować w to całe bano oddział policyjny. Innego wyjścia nie było. W końcu nie codziennie znika komuś córka.
Tylko co ja miałam im wszystkim powiedzieć? Prawda była tak, że nadal nie wiedziałam wszystkiego co się tyczyło Jill’a. Mogłam tylko wierzyć, że bajeczka, którą mi próbował wcisnąć to prawda. Jednak nie mogłam sobie wyobrazić siebie jako dziewczynę tego psychopaty… To było nie do pomyślenia. Czy to mogło okazać się prawdą?
Po dziesięciu minutach byłam gotowa do wyjazdu. Wyszliśmy razem i wsiedliśmy do auta.
Steve jechał powoli. Czyżby nie chciał się tak szybko ze mną rozstawać? Nie! Musiał być inny powód. Może po prostu uważał, bo jezdnia była dzisiaj wyjątkowo śliska. Tak, to musiało być to… Spojrzałam na jego twarz. Mięśnie miał napięte. Czyżby był z jakiegoś powodu zły? A może mi się tylko wydaje? Eh… Trudno go rozszyfrować.
Po parunastu minutach jazdy dotarliśmy pod mój dom. A więc nadszedł moment grozy. Zaczną się pytania, na które trzeba będzie odpowiedzieć… Inaczej nie dadzą spokoju. A ja tak bardzo marzyłam o tym, żeby jak najszybciej uciec na górę do mojego pokoju i pomyśleć nad tym wszystkim spokojnie. Musiałam także zmienić ciuchy. Od tygodnia chodziłam w tych samych ubraniach. Co prawda Steve mi proponował, że coś mi pożyczy, ale nie za bardzo wyobrażałam sobie siebie w jego ciuchach.
-Dzięki za wszystko, Steve… Do zobaczenia.
-Kiedy się zobaczymy?- spytał. Po jego tonie wywnioskowałam, że chce, aby to nastąpiło jak najszybciej.
-Nie wiem. W tym tygodniu już chyba nie mamy na co liczyć. Będą mnie przytrzymywać w domu i troszczyć się o mnie jak nie wiem co. Jeśli zawiadomili gliny…- nie dokończyłam.
Steve doskonale wiedział o co mi chodzi. Nie było mowy o szybkim spotkaniu. Najprawdopodobniej wiele czasu spędzę w domu wypytywana przez policję.
-Dobra… masz tu mój numer…- wyciągnął karteczkę i szybko napisał długopisem rząd cyferek- Jak tylko znajdziesz chwilę czasu zadzwoń.
Spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem. Zależało mu na mnie… Tak chyba mogłam to odczytać…
Patrząc w jego oczy miałam jeszcze większe wyrzuty sumienia, że kiedyś go zranię. Nie wiedziałam, czy będę w stanie się w nim kiedyś zakochać. Traktowałam go bardziej jak przyjaciela. Kto wie, może się to kiedyś zmieni?
-Dobra- wzięłam kartonik i otworzyłam drzwi- Jeszcze raz dziękuję za wszystko. Do zobaczenia!
Stece nachylił się i pocałował mnie w policzek.
-Trzymaj się- powiedział cicho.
Wyszłam i skierowałam się w stronę domu. Dopiero gdy dotarłam do drzwi usłyszałam jak Steve odjeżdża. Odwróciłam się i pomachałam mu lekko się przy tym uśmiechając. Patrzyłam jeszcze chwilę jak auto znika za rogiem po czym zdecydowałam zmierzyć się z przeznaczeniem. Innego wyjścia nie miałam. Teraz mogłam tylko iść przed siebie. Nie mogłam zawrócić, nawet jeśli bardzo tego chciałam. Oczywiście- tęskniłam za rodzicami, ale bałam się tych wszystkich pytań, które miały zaraz paść z ich ust.
Powoli nacisnęłam klamkę. O dziwo drzwi były otwarte. Weszłam po cichu do środka i zaczęłam się rozbierać. Nie usłyszałam żadnego ruchu. Czyżby nikogo nie było w domu? Zdjęłam po cichu buty i zsunęłam z siebie płaszcz. Założyłam łapcie i zdecydowanym krokiem weszłam do kuchni. A jednak się myliłam. Przy stole siedzieli rodzice i wpatrywali się niemym wzrokiem w ścianę.
-Eee… Cześć…- na nic więcej nie było mnie stać.
Na moje słowa gwałtownie poderwali się z krzesełek.
-Oh, już jesteś! Nic ci nie jest? Tak bardzo się o ciebie martwiliśmy. Baliśmy się, że już cię nigdy nie zobaczymy- podbiegła do mnie mama płacząc. Tata szedł za nią.
-Nic mi nie jest. Naprawdę- powiedziałam tuląc się do rodziców. Cieszyłam się, że mogłam ich widzieć.
Nie wiem, czy uwierzyli w moje słowa. Przez mój policzek toczyła się wąska blizna- pamiątka po Jill’u. Jednak nie wyglądałam najgorzej. Zdążyłam się u Steve’a przywołać trochę do porządku. Umyłam włosy, więc nie wyglądały najgorzej. Do tego opatrzyłam ranę na policzku przez co także nie wyglądała już tak strasznie.
-Co ci się stało, kochanie? Gdzie byłaś?- ciągnęła mama.
-Jill mnie uwięził.
-Jill? – spytała.
-Tak. Nie wiem nic więcej. Nic nie pamiętam. Musiałam się uderzyć w głowę, bo mam zanik pamięci. Nie wiem, gdzie go poznałam. Z tego co mi mówił byliśmy parą zanim się przeprowadziliśmy do tego domu.
-Oh…- mama zatkała sobie usta. Najwidoczniej nic o tym nie wiedziała…
-Zrobił ci krzywdę?- tym razem zadał pytanie tata.
-Jeśli chodzi ci o to, o co mi chodzi, to nie…
I tak dalej. Pytali o najmniejsze szczegóły. Dziwiłam się sama sobie, z jaką swobodą opowiadałam o tym wszystkim. Zupełnie tak, jakbym opowiadała o czymś, co mnie w ogóle nie dotyczy. O jakimś filmie.
-Naprawdę nic mi nie jest. Mogę iść już na górę? Muszę się przebrać- powiedziałam, gdy zasób pytań rodziców się wyczerpał.
-Tak, idź… Tylko…
-Tylko co?- spytałam przeczuwając najgorsze.
-Będziesz musiała porozmawiać z policją. Martwiliśmy się o ciebie i zadzwoniliśmy do pana Smitha. Rozmawiałaś z nim ostatnio…
-Tak, pamiętam.
I poszłam na górę. Wiem, że może trochę zraniłam tym rodziców. Liczyli pewnie, że spędzimy trochę czasu razem. Lecz ja musiałam od tego wszystkiego trochę odetchnąć.
Poczłapałam na górę i wzięłam prysznic. Zmieniłam ciuchy i poszłam do swojego pokoju. Już miałam zacząć pisać SMS’a do Steve’a, żeby powiedzieć mu, że wszystko jest okej, a rodzice zamęczyli mnie pytaniami, kiedy rodzice zawołali mnie z dołu.
„Co znowu?”- pomyślałam.
Zbiegłam na dół i posłałam im zdziwione spojrzenie. Dosłownie dwadzieścia minut temu tutaj byłam. Czyżby chcieli dokończyć przesłuchanie?
-Pan Smith przyszedł…
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
:O Ja tam bym wszystko rzuciła i pobiegła do Steve'a a Wy? ^^ świetny gość :>

Ubóstwiam <3
~Bad
  • awatar Madlajn ♥: Świetne! <3
  • awatar Gość: *^*
  • awatar Gość: Jezu dziewczyno, skąd ty bierzesz takie pomysły... to jest świetne. Pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy:)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›